Fakt, że growling w muzyce zespołu jest nieobecny świadczy o skłanianiu się formacji do lżejszych klimató. Podobnie jak na "Icon", wokal Holmesa jest czysty, z manierą thrashmetalową. Same zaś kompozycje miały chyba być udoskonaloną wersją tych z "Icon". Zespół starał się stworzyć coś klimatycznego, a zarazem chwytliwego. Płyta zaczyna się fenomenalnie od "Enchantment" - bardzo patetyczny i klimatyczny utwór, ze świetną partią pianina, monumentalnym chórkiem i głębokim, czystym wokalem Holmesa w spokojnych partiach. Po dziś dzień zespół nie nagrał chyba lepszego utworu. Kolejny "Hallowed Land" jest równie dobry - dynamiczny, melodyjny, smutny i ma świetną solówkę.
Tyle dobrego na temat albumu, gdyż kolejne utwory generalnie rozczarowują prezentując co najwyżej średni poziom. Kawałki dalej opierają się na podobnym schemacie - przestrzenna gitara akustyczna, akordy w stylu Katatonii (choć to prędzej Katatonia zerżnęła z
Paradise Lost) no dosyć mocny głos Holmesa unoszący są nad smutnymi pejzażami gitarzystów. Niestety im dalej brniemy tym jest coraz nudniej, wyraźny jest brak pomysłu na melodię jak i na sam utwór. Momentami
Paradise Lost chce się jawić jako "klimatyczna" Metallica, ale nie wypada to dobrze.
"Draconian Times" jawi mi się jako przereklamowany klasyk, który wnosi niewiele zmian w porównaniu do "Icon". Brakuje mu także świeżości poprzedniczki, zespół bezproduktywnie drepcze w miejscu. Co prawda krążek tworzy pewien monolit, ale umieszczenie dwóch najlepszych kawałków na początku sprawia, że słuchacz czuje się rozczarowany tym co słyszy później. Świętość została sprofanowana, bogowie upadli.
Wydawca: MFN Records (1995)