"
Don't Break The Oath" wielkich zmian nie przynosi - dalej jest to
proste heavy łączące w sobie wpływy Black Sabbath i NWOBHM okraszone
jedynym w swoim rodzaju wokalem Kinga Diamonda vel Kima Petersena. Mamy
tu dziewięć kawałków, z czego osiem (nie licząc półtoraminutowego "To
One Far Away") to prawdziwe klasyki.
Otwierający płytę "Dangerous Meeting" zniewala imitacją "piekielnego potwora" granym na
gitarze, "Nightmare" porywa dynamiką, "Desecration Of Souls" zwraca
uwagę tym, że Diamong śpiewa tu mało falsetem, a solówki naprawdę
porywają. Kolejne kawałki wcale nie są gorsze - "Night Of The Unborn"
to chyba najbardziej chwytliwy numer, można by rzecz przebojowy, "The Oath" rozwala kapitalnym riffem, w stylu późniejszych dokonań Running
Wild, a "Gypsy" to dla odmiany wolniejszy numer o nieco bardziej
operowym charakterze. Dwa ostatnie kawałki to najlepsze numery na
płycie - opętańczy "Welcome Princess Of Hell" oraz majestatyczny "Come To The Sabbath" to kwintesencja stylu
Mercyful Fate.
Obok "Melisy" jest to jedyne genialne wydawnictwo tej duńskiej formacji.
Nigdy przedtem i chyba nigdy potem (no, może poza "De Mysteriis Dom
Sathanas" Mayhem) nie powstał tak upiorny i podszyty diabłem album,
który niósł by zarazem tak potężną dawkę energii.
Mercyful Fate
pokazali po raz kolejny, że jak się ma pomysł na muzykę to i braku
techniczne można wybaczyć, gdyż nie ukrywajmy - nie jest to najwyższy
poziom instrumentalny. Ważne jednak jest to, że mamy to całą masę
świetnych kawałków.
Wydawca: Roadrunner Records (1984)