Nie znam twórczości tej formacji na tyle dobrze, aby mieć całościowy
ogląd ich twórczości, ale z przykrością musze stwierdzić, że "
FWX" nie
utrzymał poziomu wspomnianych wydawnictw, czy choćby poprzedniego
albumu "Disconnected". Do tej pory ceniłem
Fates Warning za to, że
potrafi połączyć naprawdę świetne melodie, nawiązujące trochę do
twórczości zespołów
hardrockowych końca lat 80-ych z ambitnym
progresywnym graniem nierzadko inspirowanym nowszymi dokonaniami
Porcupine Tree czy Marillion.
Na "
FWX" zabrakło mi przede
wszystkim tego progresywnego pierwiastka, ale ile melodienie mają już
takiego uroku. W zasadzie te 10 kompozycji tu zawartych ma bardzo
piosenkowy charakter. Jedne z nich są lepsze, inne gorsze, ale
wszystkie raczej się mieszczą w przedziale nijakości. Nawet najbardziej
progresywny na krążku "Heal Me" wydaje się być "mało" progresywny. Tym
co zwraca uwagę w szczególności, to mocno wysunięty wokal Ray'a Adlera
i prominentna jego rola. W tle zaś słyszymy pozostałych
instrumentalistów, instrumentalistów, z których najwięcej do
powiedzenia ma perkusista Mark Zonder. Choć w zasadzie każdy instrument
słychać dobrze, a i zdarzy się usłyszeć jakiś wyskok na pierwszy plan,
to jednak w żadnym momencie nie przyćmiewają one piosenkowego
charakteru utworów. Rozczarowaniem natomiast jest znikoma ilość
solówek, a przecież nie od dziś wiadomo, ze Jim Matheos grac potrafi.
"
FWX"
niczym ciekawym nie ujmuje. Nie jest to zły album, ale też nie jest to
album, którego warto przesłuchać więcej niż jeden raz. W sumie jeśli
się go nie usłyszy to także krzywda się nie stanie - w końcu formacja
nagrywała dużo lepsze krążki. Ja zapuszczę jednak sobie "Disconnected".
Wydawca: Metal Blade Records (2004)