Żadna zabawa pod drzewkiem i
krzaczkiem, tylko z wielkim rozmachem przygotowany wachlarz możliwości
scenicznych i klubowych. Oświetlenie, ochrona, punkty obsługi,
organizacja, przygotowanie miasta na przyjęcie tysięcy łaknących zabawy
ludzi! Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, aby w Polsce taki festiwal
przebiegł sukcesywnie i płynnie. Jedynym minusem (tak jest minus), nie
do przeskoczenia, okazał się dystans. Ogromne, męczące odległości między
poszczególnymi koncertami i imprezami. Tego nawet perfekcyjnie
zorganizowana komunikacja miejska nie była w stanie rozwiązać. Taki urok
i już. Ten dystans dopiekł wszystkim (zwłaszcza płci słabszej) przy
targaniu bagażu na trasie auto - pole namiotowe.
Jednak warto było te dystanse pokonywać.
Lipsk przywitał uczestników imprezy
szerokim wachlarzem możliwości. Muzea, teatry, kino i wiele innych
atrakcji czekała na przybyłych. W tym roku można było doświadczyć
twórczości Ryszarda Wagnera, Amadeusza Mozarta, Giuseppe Verdi'ego oraz
zobaczyć w operze między innymi balet "Giselle" Adolphe'a Adama,
przygotowany z wielkim rozmachem. Takie wydarzenia kolorują szare dni. Byłam tego pewna i w końcu się
przekonałam, że tak jest. I chcę więcej! Więcej ataku na zmysły!
Otwarcie bram i oczu dookoła głowy nastąpiło w piątek 21 maja. Od godziny 14:00 można było cieszyć się koncertami i projekcją filmów. W ponad 40 miejscach rozpoczęło się widowisko trwające oficjalnie do 24
maja.
Nam, polskiej ekipie błądzącej po
Lipsku, udało się trafić na koncert
BRENDANA PERRY'EGO do Agry. Ten artysta rozpoczął naszą przygodę z WGT
2010. Jego charakterystyczny głos rozlegał się nad polem namiotowym dookoła
sali koncertowej. Bez Lisy Gerrard brzmi on równie wspaniale. Tłumna
sala, jak sądzę, podzielała moją opinię. Żałuję, że nie zdołaliśmy dotrzeć na Piknik Wiktoriański. Ten
charakterystyczny dla WGT punkt programu nakierował już dawno festiwal
na tory wyjątkowości, splendoru, a także mody (jeśli to dobre
określenie) na epokowość.
Sobota 22.05.
Wczesnym porankiem, jak przystało na dzieci mroku, udaliśmy się do
wioski pogańskiej. Jedyna w swoim rodzaju atrakcja, pokuszę się o dodanie epitetu -
turystyczna. Dopracowane stroje i stylizacje, skoczna muzyka, oblegana przez artystów
scena, dobre jedzenie, nawet świnka na ruszcie, jak przystało na
prawdziwych pogan (?). Wehikułem czasu znów przenieśliśmy się na ulice
Lipska, kierując się do Werk II Halle A. Tam ku mojemu zaskoczeniu zobaczyłam dwa niezwykłe zespoły! Warte uwagi,
niebanalne i skupiające uwagę dzięki nietuzinkowym liderom. I tak pierwszym z nich był RAUM 41 z barwną wokalistką Franzie.
Klasyczny gotycki styl mnie zelektryzował. W podobnym klimacie zawirował
sceną LUXURY STRANGER. Simon York wpada w trans, a razem z nimi
publiczność. Wspaniałe show, niesamowita postać wokalisty. Warto poznać
to gitarowe brzmienie lepiej. Następnym koncertem według planu miał być JOY/DISASTER, jednak jak się
okazało, nie wszystko przebiegło zgodnie z planem. Koncert został
odwołany. Podobnie jak Diamanda Galas. Ale to i tak tylko dwie kule w
płot na prawie 200 innych...
Udaliśmy się do Agry, która przywitała nas świetnym koncertem ORANGE
SECTOR. Zespół pochodzenia niemieckiego energetycznie wprowadził nas w
stan electro kategorii EBM.
Zaś zmianę klimatu zagwarantował nam Erk z RABIA SORDA. Hocico w trochę
innym objawieniu. Wokalista to dynamit, tym razem pokryty mazią błotną.
Polecam bliższe zapoznanie się z projektem Erka, nawet jeśli koncert nie
odbiegał od standardów przewidywalności. Zaraz po koncercie udałam się do Agry 4.2. (sala obok), by obejrzeć
koncert AMBASSADOR 21. Pomimo ogromnej siły beatów, nie powaliło mnie.
Zdecydowanie lepiej zespół wypada w remiksach, moim zdaniem. Wokal
Natashy drażni, a całość wydaje się być bliżej nieokreśloną mazią
wszystkiego, co oferuje elektronika. Uciekłam, znosząc cierpliwie kilka kawałków na ROTERSAND do Agry. Fani
szaleli. Ja ewidentnie fanką nie jestem, ale doceniam poziom muzyczny
występu.
W tym momencie przyznam, że to był ogromny plus, mogąc niwelować między
tymi dwiema salami. Ale tak było i jest tylko przypadku Agry. W tej
ogromnej przestrzeni oprócz dwóch scen mieści się jeszcze dział handlowy
- raj dla wszystkich spragnionych nadzwyczajnych ubrań i dodatków.
MOONSPELL! Czekałam na ten koncert bardzo długo. "At Tragic Heights" z najnowszego
albumu "Night Eternal" rozpoczął koncert w Kohlrabizirkus (wspaniałe
miejsce koncertowe!). Pojawił się również "Scorpion Flower" wraz
ujmującymi wizualizacjami przedstawiającymi teledysk z Anneke van
Giersbergen. Fernando ze swym gustownym naszyjnikiem z czaszkami -
ostatnio dość charakterystyczny motyw jego wizerunku - zdmuchnął
publiczność. Zagrzmiał "Soulsick". Gdy padło hasło, że zagrają kawałek z
"The Butterfly Effect" tłum oszalał. Zabrakło dla mnie "Alma Mater",
zwłaszcza, że zespół zdecydował się uraczyć fanów "Vampirią". Jednakże
był to wspaniały koncert. Wspaniałe show!
A na deser w Agrze jako DJ JOHAN VAN ROY. Trzygodzinny set na bardzo
wysokim poziomie. Jak się okazuje, niektórzy wokaliści znanych zespołów
potrafią miksować utwory...
Niedziela 23.05.
Parkbhne brzmiał z kolei rasowym, klasycznym electro. CEPHALGY oraz
VIGILANTE tylko dla zaawansowanych fanów - bardzo standardowo, wręcz
nudno bym rzekła. [:SITD:] - rozczarowanie. Tylko poprawnie, tylko
zwyczajnie. Spodziewałam się większego porywu. W sumie nie doświadczyłam
żadnego. Ale SUICIDE COMMANDO zatarło to złe wrażenie. Nie zabrakło "Bind,
Torture, Kill", "Cause of Death" oraz "Die Motherf****r Die", świetnych
wizualizacji, krwi, potu i śmierci. Johan to potrafi.
Szybki skok do Werk II Halle na jeden z najbardziej porywających
koncertów WGT! THIS MORN OMINA! Od początku do końca trzymali poziom, rytm i publikę na
najwyższych obrotach. Zagrali oczywiście "One Eyed Man", "(The) Ninth
Key", a także między innymi "Ma i Nomia", "A1 Shiftwind", "Rumante".
Podwójne bębny były największą atrakcją show. Czysta energia!
Zmiana klimatu w Agrze. LACRIMOSA. Nic dodać, nic ująć. Wspaniały
koncert, jak zwykle. Dopracowane show, największe hity. Więcej nie
napiszę, bo szybko uciekłam. Ważniejsze było dostać się na FETISH PARTY!
Tak, wybrałam fetysz zamiast legendę gotyku. Opłaciło się stanie prawie godzinę przed Volkspalast. Ulewa nas
uratowała, inaczej mogłoby się zdarzyć, że prasa spędziłaby całą noc
przed budynkiem obchodząc się jedynie smakiem. Nie omieszkam wspomnieć o
samym miejscu tej niezwykłej imprezy. Co za splendor! Dla samej
przestrzeni warto tam przybyć! Najlepszy parkiet, jaki kiedykolwiek
widziałam! Plotki mówią, że Moritzbastei jest równie godny. Jednakże ja
pozostanę przy uwielbieniu dla Volkspalast. A ludzie? Nie doznałam
niesmaku, przerażenia, zgorszenia, ani żadnych innych negatywnych
emocji. Dopracowane stylizacje, nie tylko w stylu fetish. Atrakcyjne golasy i
bezpruderyjność kontrolowana. Darkroomy funkcjonowały, a na parkiecie
szalał tłum. Ot co.
Poniedziałek 24.05.
Ostatni dzień spędziliśmy w Kohlrabizirkus. Po dość nieprzyjemnych w
skutkach przygodach burzowo-gradowych dotarliśmy na KIEW. Koncert mnie
rozczarował. Nie było niczego, na co liczyłam! "Dc Disk" usłyszałam
tylko w samplu, który miałam wrażenie, że wymsknął się wykonawcom
przypadkiem. Nie było też "Heisse silke", "Nachtwache" ani "Staub". Za
to był bałagan, wrażenie improwizacji i dziwne niezgranie dwóch
wokalistów. Męczące połączenie gitar z szarpanym industrialem. Można
było jednak popatrzeć. Ponieważ wizualizacje, przedstawiające wszelkiego
typu robactwo, swą spójnością przypadły mi do gustu.
TRIAL stał się dla mnie okazją do przerwy przed koncertem IN STRICT
CONFIDENCE. Tłumy pojawiły się pod sceną. Wcale się nie dziwię. Koncert
rzeczywiście był popisowy. Zespół ewidentnie zadbał o publikę, której
nie udało się przebić pod samą scenę. Sztuczne ognie, którymi władała
HayDee, basistka (najwidoczniej na dwóch etatach) były widoczne z
daleka. Przepiękna Nina de Lianin zrobiła równie ogniste wrażenie. Zespół zaczął występ od najnowszego
kawałka "My Despair", w tle wyświetlał się również ich piękny teledysk.
Nie zabrakło także "Forbidden Fruit" oraz ciekawych wizualizacji. Ale to co się wydarzyło później, przeszło moje najśmielsze oczekiwania.
Proszę Państwa, KLINIK! Może dlatego, że nie spodziewałam się
takiego poziomu, takiej energii, takiego bassu, takiego uderzenia. Ale
jak zawsze powtarzam - EBM jest stworzony na scenę, i tym razem nie
zmienię zdania. Wspaniały koncert! Obok SUICIDE COMMANDO I THIS MORN
OMINA, najlepszy. Charakterystyczny wizerunek i rewelacyjne wizualizacje uczyniły ten
wstęp wyjątkowym. Zagrali "Surviving In Europe", "Black Leather",
"Obsession", "Sick On Your Mind", "Memories", "Lies", "Mindswitch",
"Hours". A "Brain Damage" oraz "Moving Hands" po tym koncercie stały się
moimi ulubionymi utworami. Zdecydowanie lepiej brzmią na żywo. Warto
zatem udać się na ich koncert!
Po tym muzyczno-koncertowym objawieniu doznaliśmy chill -outa w
Volkspalast. Wspaniały koncert NURSE WITH WOUND był naszym zakończeniem przygody z
Festiwalem. NWW znany jest jako projekt z pogranicza industrialu, muzyki
eksperymentalnej, free jazzu, noise'u. Tym razem jednak ambient
przeważał, oddając pierwsze skrzypce symbolicznym wizualizacjom. Te
obrazy filmowe okazały się być dla mnie dowodem na to, że jeszcze nie
wszystko w sztuce zostało powiedziane. A twórczości Stevena Stapletona
nie da się zaszufladkować. Metaliczne zgrzyty, wyziewy odpychające, a
zarazem pochłaniające widza. Zaznaczam widza, nie słuchacza. Ponieważ
gdyby nie doznania wzrokowe, to te piwniczne trzaski uśpiłyby mnie.
Jednakże warto było mieć oczy otwarte. Najpierw ogień, życie w nim, obok
niego, z nim. Potem woda. Geniusz.
Tak, to już jest koniec. Teraz tylko retrospekcja. W tym roku pogoda sprzyjała wyjątkowo. Namioty pomimo braku
atrakcyjności nie były aż takim utrapieniem. Nawet burza z gradem i
piorunami w poniedziałek nie zepsuła szyku organizatorom, ani tym
bardziej humoru publiczności. Choć ja osobiście byłam momentami na
krawędzi wytrzymałości. Buty i ubranie wyschły pd sceną, a bohaterowie
Alejki Lansu szybko wrócili na swoje miejsce. Nawet liczne przybyłe
irokezy utrzymały pion. Zatem? Można przeżyć wszystko.
Reasumując, zrelacjonowanie tego, czego nie da się opisać -
niewykonalne. Wrażenia niezapomniane! Pot, gorset i electro pełną parą. A
na dokładkę sztuczna krew, wampir i spotkanie ze sztuką.
http://www.darkplanet.pl/gallery/photo/92982