Koncert rozpoczął się dokładnie o 19:33 intrem w postaci "Lost Keys" z najnowszego albumu
Tool - "10 000 Days". Wówczas to na scenie pojawili się muzycy: perkusista Danny Carey (w końcu miałam okazję zobaczyć jego imponujący wzrost), basista Justin Chancellor oraz gitarzysta Adam Jones. Ustawili się w najdalszych zakątkach sceny tak, że środek pozostawał pusty. Na końcu - dopiero chyba w trakcie utworu "Rosetta Stoned" - ze swoim nieziemskim wokalem (oraz... kapeluszem kowbojskim) wszedł Maynard James Keenan. Jednakże nie zajął on centralnego miejsca, tylko stał tyłem do publiczności, jakby w ukryciu tuż przy jednym z ekranów, że na początku długo trzeba go było szukać wzrokiem. Następnie panowie z
Tool uraczyli nas jak zawsze profesjonalnym wykonaniem świetnego kawałka "Stinkfist" z albumu "AEnima". Nasza polska publiczność oczywiście rozszalała się natychmiast, musiałam aż przesunąć się lekko w tył płyty głównej, gdyż zaczynało być groźnie.
Kolejno zagrano "Forty Six & 2" - energetyczny kawałek spotkał się znów ze spontanicznym odzewem fanów. Rewelacyjnie, moim zdaniem, wypadł "Jambi" z nowej płyty - mimo, że niewiele czasu temu album ten został wydany, publiczność śpiewała tekst razem z Maynardem. Po tym utworze usłyszeliśmy charakterystyczny riff ze "Schism", co wzbudziło natychmiastowe owacje. W tle na ekranach przemykały wizualizacje z teledysku, doskonale współgrając z muzyką. Na mnie wrażenie zrobiło emocjonujące wykonanie "Right In Two"- bardzo melodyjnego kawałka z ostatniej płyty, trzeba przy tym przyznać, że głos Maynarda nawet na moment nie zadrżał ani nie zahaczył o niewłaściwe tony - był dokładnie taki, jakim go słychać na studyjnych albumach. No i ta perkusja Danny'ego! Emocje już dawno sięgały zenitu, a tu jeszcze doszedł kolejno kultowy, jak dla mnie, utwór "Sober", pochodzący z płyty "Undertow" - publika śpiewała każde słowo, co musiało niezbicie zadowolić muzyków
Tool. Następnie odsłuchaliśmy rozbudowanego "Lateralusa" - nie wiem, czy w przypadku tej kapeli moża mówić o improwizacji - każdy dźwięk, najmniejsze brzmienie, wydawało się być zaplanowane, a mimo to czuć było ducha muzycznej wyobraźni... Po nim nastąpiła krótka przerwa, w trakcie której publiczność mogła trochę ochłonąć, a muzycy - jak gdyby nigdy nic - usiedli sobie na środku sceny i tak sobie siedzieli przez parę minutek. Przez widownię przeszła nuta oczekiwania, a nawet lekkiego zniecierpliwienia, lecz na szczęście muzycy wrócili "na swoje miejsca" i zagrali tym razem singlowego "Vicariousa" - znów powalili wszystkich potęgą brzmienia, nie wiem czy nawet nie rozbudowali też i tego kawałka. Jako ostatni pojawił się utwór "AEnema" - i tutaj publiczność szalała niesłychanie, wydając z siebie ostatnie poty.
Czekaliśmy i na kolejne kawałki, jednak ku naszemu rozczarowaniu, muzycy
Tool zeszli ze sceny i w ten sposób zakończyli koncert. Trwał on około 90 minut, co przy czasie trwania utworów tej formacji wcale nie wydaje się za wiele... Zabrakło mi na przykład jakiegokolwiek kawałka z pierwszego wydawnictwa
Tool, jakim jest EPka "Opiate".
Podsumowując - koncert fantastyczny, pozostawiający niezapomniane wrażenia, ale... czemu taki krótki? No szkoda, ale i tak na pewno warto było w nim na żywo uczestniczyć, poczuć tę namacalną magię muzyki zespołu
Tool... Słyszałam poza tym, że muzycy wyrazili chęć ponownego zagrania w naszym kraju, co mnie osobiście nie dziwi - polska publiczność uważana jest za najbardziej żywiołowo bawiącą się na koncertach, o czym też wypowiadali się członkowie
Tool już nie raz i nie dwa...