- Dlaczego ty nie skorzystałeś? - zapytałam, gdy już znaleźliśmy się w zagraconej pracowni. Wyjęłam z kieszeni trzy kłębki i zaciągnęłam się ich zapachem: ciężkim, piżmowym, drażniącym. Świat dookoła mnie zachwiał się na moment.
- Wychował mnie zielarz. Wiem jak działają takie środki.
Gio nic nie odpowiedział, nie przerwał nawet porządkowania miejsca, w którym miałam spać, spojrzał tylko na mnie z miną zbitego psa.
- Chyba nie sądzisz, że wybierając na sypialnię twoją pracownię, nie wiedziałam co robię? - zadałam kolejne pytanie. Imaggio przestał w końcu przestawiać rzeczy, odwrócił się, spojrzał na mnie i rzekł:
- Nie skorzystałem z siso, bo pod jego wpływem mógłbym zrobić ci krzywdę, czego bym nie chciał i za co zapłaciłbym głową, bo jesteś gościem Altum. W tej sytuacji moje pragnienia nie mają prawa bytu.
Stał tak, nie spuszczając ze mnie wzroku, zdeterminowany, z założonymi rękoma, nerwowo uderzający ogonem.
- A jakie są twoje pragnienia? – prowokowałam, podpływając bliżej. Nieznacznie zjeżył grzebień, a mięsień na jego zaciśniętych szczękach zadrgał. Oparłam jedną dłoń na rozgwieździe na jego piersi, a drugą z narkotycznym puszkiem przysuwałam do jego szyi. Zatrzymał ją w pół drogi i zbliżył swoją twarz do mojej:
- Chciałbym… ujrzeć cię nagą…. dotknąć twoich ud i poczuć jak mnie nimi oplatasz... - jego głos w mojej głowie wibrował niskimi tonami.
- Chciałbym… wziąć cię tak, jak robimy to w święto mollok.- wciąż trzymał mnie za rękę, intensywnie wpatrując się w moją twarz.
- Wiem, że mnie nie skrzywdzisz. - nadałam, podciągając się by dosięgnąć jego pełnych, lekko rozchylonych ust. Gio obejmując mnie, puścił mój nadgarstek i pozwolił przyłożyć siso do skrzeli. Odchylił głowę, przerywając pocałunek. Jego uścisk zelżał, a ja miałam wrażenie, jakby całe jego ciało się rozluźniło, jakby uszło z niego napięcie.
- Pokaże ci jak świętujemy mollok, dzień żywych. - to mówiąc wyjął mi z ręki białe kłębki i zbliżył do mojej twarzy. Pierwszy wdech i... myśli zwolniły, drugi i... już każdy centymetr skóry informował mnie o otoczeniu, trzeci wdech i... w mojej głowie pojawiły się senne obrazy kochających się ichtian. Gio zaintonował dźwięki spokojnej melodii i z lekkim uśmiechem obserwował moją reakcję, opływając mnie dookoła. Otumaniona oniryczną wizją, spojrzałam pytająco a on odpowiedział, że to jego myśli. Po chwili ze zdziwieniem stwierdziłam, że mierzwi mnie każdy kawałek materii ubrania, który styka się z moją skórą. Podpłynęłam trochę w górę, bo ni z tego ni z owego, podłoga zaczęła cisnąć mnie w stopy i zaczęłam rozsznurowywać gryzącą koszulę. Imaggio, ciągle nucąc, owinął się wokół mnie i rozwiązywał nogawki, czasem muskając moje stopy. Zsuwając ze mnie spodnie, pożądliwie wbijał wzrok w każdy fragment ciała wyłaniający się spod tkaniny. Ubrania opadały na dno a on powoli wodził dłońmi po moim brzuchu, udach, łydkach i stopach, jak rzeźbiarz sprawdzający poprawność kształtu. Każde dotknięcie elektryzowało, powodując rozkoszne dreszcze.
Gdy nasycił się widokiem i poznał wszystkie zagłębienia i wypukłości, podpłynął do mnie z tyłu i oburącz objąwszy mi skronie, położył moją głowę na swoim ramieniu i zanurzył twarz we włosach. Opadłam lekko na jego wielkie ciało, a miarowe ruchy jego płetw, utrzymywały nas oboje w słodkim zawieszeniu. Głaskał moją skórę, nucąc nieustannie, od szyi, przez ramiona, po wnętrza dłoni. Gładził od szyi, przez skórę między piersiami, po brzuch. Wodził opuszkami palców od szyi, przez boki, po uda, wywołując mrowienie. Dotyk początkowo delikatny, stopniowo przybierał na sile, ciągle jednak omijał piersi i podbrzusze. Spragniona intymnej pieszczoty, rozpalałam się coraz bardziej. Gdy wreszcie odgarnął moje włosy i mocno pocałował w kark, a jego dłonie objęły moje piersi, ściskając sutki między palcami, moje ciało przeszyły gwałtowne dreszcze. Odpłynęłam, dosłownie i w przenośni. Chciałam odwzajemnić przyjemność, więc obróciłam się, siadając. Próbowałam go pocałować, ale on tylko zręcznie zsunął się miedzy moje uda, umykając.
- Hm... - sapnęłam niezadowolona, ale zaraz poczułam palce delikatnie mnie otwierające i już nie było mowy o dąsach. Jego język powoli badał wszystkie zakamarki mojego wnętrza. Odchyliłam się i wsparłam dłonie na jego napiętym brzuchu. Smakował mnie coraz zachłanniej, coraz szybciej, od czasu do czasu podskubując wargami co wrażliwsze kawałeczki ciała. Jego język trzepotał jak ćma zamknięta w dłoniach, a palce błądzące po moich udach i pośladkach przytrzymywały, gdy próbowałam się uwolnić od tej, chwilami nieznośnej, rozkoszy. Fale gorąca oblewały mnie całą, bo skóra niczym poparzona, odbierała każdy bodziec po wielokroć. Zatracając się, nieświadomie wbijałam palce w jego boki.
W pewnej chwili osunęła mi się dłoń i kciukiem zahaczyłam o coś na biodrze Gio. Obejrzałam się, by sprawdzić co sprawiło mi ból, i zobaczyłam, że łuski w tym miejscu odstają. Wsunęłam rękę w szczelinę i łuskowa przepaska zsunęła się nieznacznie, ukazując dalszy ciąg gładkiego brzucha, co tylko podrażniło moją wyobraźnię. Wyswobodziłam się z uchwytu Imaggio i, suwając się po ciele, usiadłam na jego ogonie i zaczęłam kombinować jakby z niego zdjąć to wdzianko. Wodziłam palcami wokół pasa, obserwując jak mięśnie rozkosznie uchylają się pod dotykiem, ale ani sprzączki, ani klamerki znaleźć nie mogłam. Gio z szelmowską miną i założonymi rękoma, obserwował moje daremne wysiłki, ani na moment nie przerywając melodii. Podniecona i zniecierpliwiona po chwili dałam za wygraną:
- Pomóż...
Uśmiechając się, pogmerał gdzieś przy biodrze i powoli zsunął krótką przepaskę.
- No... - trochę się zapowietrzyłam na widok sztywnego, lekko drgającego giganta.
- Nie wiem czy dam radę temu... „maluchowi”. - biorąc go w dłoń, rzuciłam ni to do Gio, ni to do siebie. Mimo długich palców, nie mogłam zamknąć dłoni. Odciągnęłam aksamitną skórkę, a delikatna różowa główka, która ukazała się w całości, aż prosiła się o spróbowanie. Przeciągnęłam językiem wokół wierzchołka, a Gio zadrżał, polizałam od dołu do góry, a jego ciało wyprężyło się w łuk, włożyłam do ust, a on zanucił głośniej, unosząc biodra. Żałowałam, że słona woda wypłukiwała jego męski, orzechowy smak. Dawkowałam pieszczotę, która w równym stopniu podniecała nas oboje.
Gio nucąc intensywnie, nieustannie bawił się moimi włosami, dotykał uszu i... patrzył. Spoglądał pożądliwie, spod półprzymkniętych powiek, tylko czasem zamykając oczy. Wreszcie, chcąc więcej, podciągnął mnie za ramiona i obejmując w pasie, po prostu na sobie posadził. Oplotłam go nogami i wciągnęłam w śliskie, gorące, falujące wnętrze. Bogowie, ależ był wielki! Znieruchomiałam, wtulając twarz w jego pierś. Wypełnił mnie całą. Powoli się rozciągając, czułam każdy jego tętniący fragment. Napinał mięśnie, a ja obejmowałam go przy każdej próbie ruchu.
- Pozwól mi... - ze śmiechem wplótł szeptaną prośbę w nuconą melodię. Zanurzył dłonie w moich włosach i zmusił do spojrzenia sobie w twarz. Przelotnie musnął ciepłymi wargami moje powieki a potem przeciągle pocałował. Rozluźniłam uchwyt i pozwoliłam mu się wysunąć. Ten ruch spowodował, że dreszcze przeniknęły mnie od stóp do głów. Następne pchnięcie tylko spotęgowało ekstatyczne doznanie. Stopniowo: góra, dół, góra, dół. Fala rozkoszy, rozluźnienie, fala rozkoszy, rozluźnienie. Gio zmieniał rytm, doprowadzając mnie do szału, więc w oczekiwaniu na kolejny ruch, wiłam się na nim niespokojnie, chcąc go w sobie poczuć, chcąc go wessać w swoje wnętrze. Po chwili poruszał się we mnie miarowo. Już nie czułam jego palców zachłannie wbijających się w moje pośladki, już nie widziałam jego dzikiego wzroku, ani rozchylonych warg. Nic nie było ważne. Liczył się tylko upragniony ruch: szybki, mocny, rytmiczny, na który reagowałam wilgocią i skurczem. Nasze rozgrzane ciała delikatnie drżały we wspólnym wysiłku, jednoczesnym działaniu. Już nie dopełnienie a jedność. Odwieczny taniec, naturalny rytm i... wewnętrzna muzyka. W chwili, gdy zdałam sobie sprawę, że nucę, wezbrana fala rozkoszy przerwała tamę i zatopiła mnie od wewnątrz serią cudnych spazmów, rozchodzących się elektryzującym impulsem wzdłuż pleców i eksplodując feerią psychodelicznie barwnych plamek pod powiekami. Podkurczyłam nogi, przyciągając Gio, ale on ciągle się poruszał, skupiony już tylko na sobie, teraz nieświadomy, że przedłuża moją rozkosz. Z zamkniętymi oczyma i rozchylonymi, bladymi ustami wyglądał jak rzeźba z alabastru i tylko ruch i szybko falujące szczeliny na szyi świadczyły o życiu. W końcu skrzela zacisnęły się gwałtownie a ja poczułam jego pulsujące skurcze wypełniające mnie płynną esencją męskiego pożądania.
Imaggio drżał jeszcze, gdy objąwszy dłońmi moją twarz, przytknął czoło do mojego i z zamkniętymi oczyma przesłał mi... obraz? emocje? Nie wiem nawet jak to określić, tak dziwny był ten zbitek wdzięczności, prośby, spełnienia i przyrzeczenia. Nie pamiętam słów, ale wybrzmiały wtedy w moim umyśle niczym deklamowany wiersz lub żarliwa, śpiewna modlitwa. Otoczył mnie ramionami i tak splątani w miłosnym uścisku, delikatnie opadliśmy na podłogę pracowni.
***
- Co? Na Yawę…
Jakaś para rąk odrywała mnie od kochanka, a dwie kolejne unieruchamiały szarpiącego się Gio, równie zaskoczonego i zdezorientowanego jak ja. Jakiś gwardzista, sądząc po szkaplerzu, wywlekł mnie nagą z pracowni, boleśnie krępując ramiona w łokciach. Ciągle działające siso tylko ten ból potęgowało. Byłam ciągnięta dłuższy czas. Wreszcie ciśnięto mnie, niczym szmacianą lalkę, na chropowatą podłogę małego, ciemnego pomieszczenia. Podciągnęłam kolana pod brodę. Strażnicy stanęli przy wejściu. Ciągle oszołomiona nawet nie próbowałam się podnieść, gdy do sali wtoczył się osobnik o mocno pokiereszowanym ogonie. ‘Już gdzieś widziałam te metalowe kolce na płetwie’ z trudem próbowałam skupić myśli, bo mój umysł ciągle pracował na zwolnionych obrotach. Szorstka podłoga wbijała mi się w skórę milionami igiełek.
- Mam cię bezłuska!
Wielkie łapsko dźwignęło za rękę moje bezwładne ciało i uniosło na wysokość twarzy właściciela, który przyglądał się, lustrując mnie od góry do dołu.
- Ferrus... – dotarło do mnie, gdy marszcząc brwi spojrzałam w oczy, równie szkliste jak moje. Wszędzie wokół rozchodził się ciężki zapach narkotyku.
- Kto cię przysłał!? Mów! Dla kogo szpiegujesz!? – z wysiłkiem formułował słowa, potrząsając mną jak kukiełką.
- Szpiegujesz? – niedowierzając zadałam pytanie, otwierając oczy ze zdumienia.
- Dla Gildii?! Dla Corrazów?! Dla wojska?! Gadaj! – wykrzykując pytania, ichtianin nakręcał się coraz bardziej. Z jego słów wynikało, że wojna uzurpatora dotarła nawet tu, w morskie głębiny. W tym momencie zdałam sobie sprawę, że w tych okolicznościach oskarżenie o szpiegostwo to wyrok. Wyrok poprzedzony męczarnią. Oprzytomniałam. Spróbowałam zaprzeczyć, ale szybko dostałam w twarz wierzchem, opancerzonej łuskami, dłoni. Zsunęłam się po zdobionej ścianie, a z pociętego policzka uniósł się obłok krwi. Ferrus podpłynął, zaciągając się. Jego oczy dziwnie rozbłysły, ruchy stały się gwałtowne, ogon zaczął uderzać w podłogę. Chwycił mnie za włosy i poprawił, uderzając w drugi policzek. Rozciął mi wargę. Teraz ja poczułam zapach krwi, a ból ocucił mnie całkowicie.
- Boisz się? Powiedz, że się boisz, dwunożna. - zasyczał i podniósł mnie, trzymając za gardło. Szarpałam się jak królik we wnykach. Zacisnął uchwyt i po chwili jaskrawe plamy zawirowały mi przed oczami.
- Nie… nie zabiję cię, twoi mocodawcy muszą wiedzieć, że ja wiem. Będziesz przestrogą - cedził.
- Rozkrwawioną przestrogą...
Łapą gmerał przy łuskowej przepasce. Nim ta dotknęła dna, wszedł we mnie brutalnie, bez ostrzeżenia. Zaskowyczałam z bólu, a on zaczął wbijać się we mnie, napierając bezlitośnie, raz za razem. Był za duży, krew buchała z każdym jego ruchem. On rozdzierał mi wnętrze, a zimna, rzeźbiona ściana ryła mi plecy i pośladki purpurowymi ornamentami. Chciałam zemdleć, tak bardzo chciałam. By nie czuć tego kawału mięsa rozrywającego moje delikatne tkanki. By nie czuć tej fali boleści, która przy każdym uderzeniu tej cielesnej szpicy, odbierała zmysły. By nie czuć tego niedźwiedziego uścisku wielkiej łapy, miażdżącego mi piersi. Życzyłam sobie przejścia, by znów być w XXI wieku i nie oglądać wyrazu tryumfu pojawiającego się na twarzy oprawcy, na widok kobiety wijącej się pod nim z bólu, niczym motyl przebijany szpilką. Jego samcze ostrze dźgało mnie wciąż na nowo, od początku, znów, bez przerwy.
W końcu opadłam z sił, zaprzestałam walki, a w mojej głowie kołatała się już tylko jedna myśl: nie ma mnie tu, nie ma mnie tu, nie ma mnie tu...
Miałam wrażenie, że to trwa wiecznie, a ulga nigdy nie nadejdzie. Wszędzie wokół widziałam własną krew wirującą sennie karminowymi smugami.
Gdy drgał jeszcze w moich wnętrznościach ostatnim spazmem, uderzył mnie ostatni raz, niczym za karę za to, że byłam świadkiem jego słabości.
- Nie jesteś lepsza od altumskich niewolnic. - rzucił z pogardą, podnosząc z ziemi przepaskę.
- Zabrać ją.
Strażnicy wywlekli mnie z sali wypełnionej mdlącym zapachem posoki i narkotyku. Wypłynęliśmy poza miasto. W drodze na brzeg, słona woda dopełniała moich tortur.
***
Według wschodniego przysłowia, nie można zwyciężyć mistrza, który nie podejmuje walki. Niby prawda. Tylko, czy czułabym się mniej przegrana, gdybym się nie broniła przed tym gwałtem? Szczerze wątpię.