Są też takie zespoły, które zasłużenie zdobyły renomę, serwując raz po raz albumy pierwszej jakości. Do takich zespołów niewątpliwie należy
Morbid Angel i przed premierą kolejnej płyty takiego zespołu jest zawsze głośno i oczekiwania są wysokie. "
Gateways To Annihilation" jest szóstym, studyjnym albumem
Morbid Angel, wokół którego, w momencie wydania było dosyć cicho... Dla wielu
Morbid Angel przestało istnieć wraz z odejściem Vincenta, a kolejny album "Formulas fatal to the flesh" nie zdobył uznania w oczach fanów.
"Gateways..." okazał się być taką nieodkrytą perełką death metalu. Zespół nagrał album zupełnie inny od "Formulas...". Tym razem wszystko zostało dopieszczone w każdym calu. Brzmienie jest cholernie ciężkie, bardzo czyste, przestrzenne, odrobinę striggerowane (to, co zawsze cechowało
Morbid Angel). Kompozycje są generalnie ... wolne, co wraz z potężnym brzmieniem daje miażdżący, wgniatający w ziemię efekt. Morbid Aniołki nie zapomniały jednak, jak utrzymać zawrotne tempa i, choć jest ich mało na "Gateways...", to są to najszybsze partie, jakie nagrali w karierze! Dzięki takiej konstrukcji utworów muzyka jest czytalniejsza, sprawia wrażenie przemyślanej, a każdy instrumentalista ma pole do popisu. Pete Sandoval nagrał najciekawsze partie bębnów w karierze, a pojedynki gitarowe Azagthotha i Rutana są po prostu przepiękne. Mniej tutaj jest udziwnionych wygibasów, a więcej Van Halenowego mieszania - nie pamiętam gdzie ostatni raz słyszałem tak pomysłowe solówki. Nawet ci, którzy mieli wątpliwości, co do wokalu Tuckera nie powinni już ich mieć, bo wokale na "Gateways..." to mistrzostwo! Czysty, wyraźny, głęboki growling, podkreślający monumentalizm tego albumu.
W taki oto sposób
Morbid Angel nagrał moim zdaniem najlepszy album w karierze. Szkoda tylko, że został on w pewien sposób przeoczony i bardzo niedoceniony.
Wydawca: Earache Records (2000)