I w tym miejscu zaczęły się schody. Festiwal zaczynał się już w czwartkowe popołudnie i tegoż wieczoru
występował fiński
Nightwish. Miał to być jedyny koncert finów w Czechach
w bieżącym roku, spodziewano się licznej widowni. Ja również,
zaliczałam się do tych którzy chętnie wezmą udział w tym wydarzeniu.
Jednak los i Matka Natura rządzą się własnymi prawami i nie zawsze
działają po naszej myśli. Niespodziewane objazdy i blokady dróg
spowodowane ulewnymi deszczami które nawiedziły Zlinski Kraj wydłużyły
planowaną na 9 godzin trasę. Kiedy wreszcie, po prawie 13 godzinach
jazdy wturlałyśmy się z samochodu, dane mi było usłyszeć jedynie kilka
ostatnich taktów koncertu
Nightwish. Zawiedziona i piekielnie zmęczona
zawzięłam się jednak zobaczyć ostatni show przewidziany na czwartkowy
wieczór – brazylijskiego
power metalowego zespołu Shaman. Brazylijczycy
wspierani przez Orchestra z Turcji dosyć długo się stroili, jednak warto
było czekać aby zobaczyć ich koncert. Ich muzyka to połączenie heavy
metalu z muzyką klasyczną oraz elementami różnej muzyki etnicznej z
całego świata. Taka mikstura to coś co Tygryski lubią najbardziej,
melodyjny głos wokalisty Thiago Bianchi i bombastycznie brzmiące dźwięki
wydobywające się spod smyczków skrzypiec, kontrabasów, wiolonczeli,
trąbek, puzonów, oraz gitar elektrycznych i perkusji prawie
wynagrodziły mi ominięty koncert
Nightwish. Pomyślałam sobie, że
zapowiada się świetny festiwal i nie pomyliłam się w swoich estymacjach o
czym przekonałam się już następnego popołudnia.
Pierwszą noc ze względu na dość późną porę przybycia było nam dane
spędzić w samochodzie. Nie była to najgorsza perspektywa, zwłaszcza iż
ciało zmęczone nie opierało się objęciom morfeusza. Koncerty w piątkowy
dzień rozpoczynały się na szczęście od godz. 13:00, ja natomiast
pierwszy koncert planowałam dopiero na 15:00. Miałam więc sporo czasu na
zainstalowanie się na miejscu.
Vizovice wielkością przypominają nieco Bolków, miejsce corocznych
spotkań wszelkiej maści Gotów, Wizygotów i Ostrogotów. Jednak baza
noclegowa jest zdecydowanie bardziej uboga. Vivoviczanie nie odkryli
jeszcze żyły złota, jaką jest wynajmowanie własnych domostw
festiwalowiczom. Hotele i pensjonaty znajdujące się w okolicy
zarezerwowane są już chyba od poprzedniego roku. Nam, nie obytym,
pozostało jedynie liczyć na jedno z pół namiotowych, które występują
tutaj w każdej postaci i standardzie. Te o lepszej infrastrukturze
(toaleta + ciepła woda pod prysznicem) są oczywiście droższe, lecz
nierzadko w większej odległości od festiwalowego placu. Namioty
wyrastały jak grzyby po deszczu wokół głównego terenu festiwalu, którym w
Vizovicach jest Fabryka Likierów R. Jelinek, zwane jest po czesku
„Festival Areal”. Na swoje tymczasowe miejsce zamieszkania wybrałyśmy
przytulne, małe pole namiotowe położone w strategicznym punkcie
barowo-restauracyjnym (kawa z rana jak śmietana…), którym były tereny
zielone kolo restauracji „Sokolovna’. Gdy wreszcie udało nam się rozbić
namiot, nadszedł czas na piwo, krotki relaks w promieniach słońca, a
następnie odbycie pierwszej, w świetle dziennym, wizyty na Arealu.
Zanim udałam się pod scenę postanowiłam zwiedzić część komercyjną
Arealu. Baza gastronomiczna jest wręcz zdumiewająca, zarówno pod
względem ilości jak i jakości, różnorodności menu. Możemy znaleźć tutaj
typowo festiwalowe grillowane potrawy, chińszczyznę, dania kuchni
czeskiej, zapiekanki oraz dla odważnych – pieczone prosiaki. Na deser
natomiast: naleśniki, lody, gofry, sałatki owocowe i moje zdecydowane
faworytki – haluszki – takie malutkie pączuszki w sosie waniliowym.
Wszystko to dostępne w jak najbardziej przystępnych cenach. Po jedzonku
należy się napić, można więc wybrać jeden z kilku ogródków piwnych
(oferujących również napoje bezalkoholowe) albo udać do kolejnej
atrakcji turystycznej, jaką są stoiska oferujące produkty Fabryki R.
Jelinek. Można się tam uraczyć wszelkiego rodzaju naleweczkami, trunkami
likiero-podobnymi, w których prym zdecydowanie wiodła „gruszka” – mocny
likier, o smaku, oczywiście gruszkowym, podawany z kawałeczkiem owocu.
Jednak nie samym jadłem i napojem człowiek żyje. W przerwach między
koncertami można zawalczyć o tytuł mistrza powietrznej gitary, trafienia
w butelkę likieru czy festiwalowego siłacza. Ciekawostką jest również
możliwość zwiedzenia fabryki, poznania jej historii i struktury pracy.
Wycieczka połączona była z degustacją likierów.
„Przebierańców” na MoR jest znacznie mniej, ale za to jak są to w
wielkim stylu. Moimi niezaprzeczalnymi faworytami byli tzw. czescy fani
metalu: krótko z przodu, długo z tyłu i wąsy na przedzie, T-shirt -
koniecznie z ulubionym zespołem, podarta jeansowa kamizelka i dopasowane
do tego jeansowe krótkie spodenki, cały strój uzupełniony białymi
skarpetkami podciągniętymi od kolana i sandałkami. Urocze!
Uff! Kiedy już się człowiek nacieszy tą wspaniałą częścią komercyjną
festiwalu można udać się wreszcie a koncerty. Pierwszym, obejrzanym w
miarę w całości, był występem był norweski
Keep Of Kalessin. Zachęcona
przez kolegę, udałam się sprawdzić jak black
metalowcy poradzą sobie z
vizovickim upałem. Przyznać muszę, że wizualnie jak i muzycznie
prezentowali się bardzo apetycznie, mrocznie, pomimo słonecznego żaru
wczesnych popołudniowych godzin. Przyjemnie było ich słuchać, chociaż
odnosiłam momentami wrażenie iż duża, otwarta scena odbierała chłopakom
trochę z animuszu.
Kolejne 3 zespoły, Kreyson,
Death Angel oraz Kataklysm pozwoliłam sobie
odpuścić, gdyż nie zrobiły na mnie muzycznie wrażenia.
Naturalnie, cieszyłam się jak zawsze na koncert
Korpiklaani. Niestety
jak na złość tuż przed występem zaczęło się chmurzyć, miałam tylko
nadzieję, że nie zerwie się nawałnica, która zmusiłaby organizatorów do
przerwania koncertu. Na szczęście obyło się bez tak dramatycznego
zakończenia, a jedynie lekkim deszczem. Miałam nadzieję, że skoczne
rytmy prezentowane przez Leśny Klan ogrzeją ostudzoną nieco deszczem
widownię. Niestety coś było wyraźnie nie tak, chłopakom coś nie
pasowało, nie bawili się tak jak to mają w zwyczaju. Nie wiem czy to
długie koncertowanie czy zmęczenie podrożą spowodowało brak ich leśnego
powera. Repertuar koncertu nie sprawił niespodzianek, jak zwykle nie
zabrakło wszystkich „alkoholowych” piosenek: Beer Beer, Vodka, Juodaan
Viinaa, Wooden Pints czy Happy Little Boozer, nie zabrakło opowieści co
Finowie porabiają podczas Midsummer Night w swoich Cottages and Saunas,
oraz takich hiciorów jak Native Land,
Korpiklaani, Metsämies i Korven
Kuningas. Jednak koncert pozostawił we mnie lekki niedosyt, który miałam
zamiar zaspokoić oglądając
Dragonforce. Kiedy widziałam ich po raz
pierwszy, w 2005 roku podczas Mystic Festival w Chorzowie zapamiętałam
ich energiczny występ. Jednak oglądanie tych
power metalowych
ekstremistów z perspektywy 1-2 rzędu stanowiło niezłe wyzwanie. Było ich
6-ciu, jednak energią mogliby obdarzyć drugie tyle. Dwóch gitarzystów,
prowadzących nieustanne gitarowe pojedynki na riffy, goniących się po
scenie i próbujących „udowodnić” publiczności kto jest lepszy, w
zestawieniu z wirtuozerią wykonania niekiedy bardzo karkołomnych pasaży
budziła we mnie nieskrywany zachwyt. Dzięki temu, że
Dragonforce łączą w
jedno aż tak wiele stylów muzycznych jak: heavy,
power,
speed,
thrash,
death metal hard rock a także muzykę z gier komputerowych, stworzona
mieszanka jest absolutnie unikatowa. Najbardziej groteskową osobowością
na scenie, był niewątpliwie klawiszowiec, zarówno swym kolorowym strojem
jak i ekstrawaganckim zachowaniem tworzył postać swoistego scenicznego
klowna. Muzyk posługiwał się syntezatorem w formie „przenośnej” – na
którym grało się jak na gitarze, co dawało mu prawie nieograniczoną
swobodę poruszania się, którą skrzętnie wykorzystywał. Obawiam się
jednak, ze większość z partii przez niego „wykonywanych” leciała z
półplaybecku, jednak zabawny widok jaki dostarczał klawiszowiec i
gitarowe duo warte było poniesienia tej straty. Po niecałej godzinie
koncert jak i oczopląs wywołany show
Dragonforce dobiegł końca,
skołatane nerwy ukoiłam udając się w kierunku ogródka piwnego.
Nazwa niemieckiego zespołu
Edguy obiła mi się o uszy, jednak nie na
tyle mocno abym nadal stanowiła integralną część barierki pierwszego
rzędu. Występ oglądałam na jednym z wielu telebimów, sącząc piwko.
Muzycznie zespół przypominał mi wiele kapel z
power-
speed metalowego i
zdecydowanie przyjemnie się go słuchało. Można było z łatwością zauważyć
inspirację muzyczną twórczością takich kapel jak KISS, AC/DC, Deep
Purple czy Iron Maiden.
Ostatni w tym dniu show –
Deathstars - zdecydowanie był przeze mnie
najbardziej oczekiwany. Wieczory w Vizovicach były zimne, jednak w tym
momencie tego nie czułam, hipnotyczny głos i wzrok Whiplashera
przywiodły mnie znów w okolicę pierwszych rzędów. Stylistyka ich muzyki,
połączenie gotyku z
metalem z silnymi naleciałościami industrialu to
było coś czego mi było trzeba aby perfekcyjnie zakończyć piątkowe
festiwalowanie. Nie wszystkim może odpowiada dialog o silnym wydźwięku
erotycznym czasem również homoseksualnym prowadzony z widownią przez
wokalistę, Whiplashera, bądź cała oprawa szwedzkiego zespołu – mocno
stylizowana tzw. mrocznym cyber totalitaryzmem. Dla mnie jednak w
połączeniu ze świetnymi kompozycjami muzycznymi, mocnym niskim głosem
wokalisty, niezłymi gitarowymi riffami tworzy świetną mieszankę. Utwory
takie jak Blitzkrieg, Cyanide czy Termination Bliss wywołał u mnie gęsią
skórkę. Gdy koncert zakończył się koło godziny 2 w nocy, byłam
zdecydowanie zziębnięta, lecz pełna zachwytu udałam się do namiotu po
drodze fundując sobie gorący rum. Napitek ten skutecznie rozgrzał moje
wymarznięte ciałko i stał się tradycją moich conocnych powrotów, gdyż
trzeba przyznać, że pomimo gorących dni noce były potwornie zimne.
Sobotnie koncertowanie rozpoczynało się o barbarzyńskiej godzinie 9:30,
jednak żadna siła nie wyciągnęłaby mnie o tej porze z namiotu. Mój
festiwalowy dzień rozpoczęłam od koncertu
thrash death metalowego
zespołu z Holandii -
Legion Of The Damned. Nie jest to może mój
ulubiony gatunek muzyczny jednak muszę przyznać, że zespół zrobił na
mnie bardzo pozytywne muzycznie wrażenie, niecałe dwa tygodnie wcześniej
podczas fińskiej Tuski. Jest to stosunkowo młody zespół, założony w
2004 roku, mający na koncie dwie płyty, jednak wydający się być
muzycznie bardzo dojrzałym składem. Teksty głównie skupiające się na
tematach okultystyczno-religijnych, apokaliptycznych i z horroru nie są
może niczym wyjątkowym jednak świetne przygotowani technicznie muzycy są
ucztą dla duszy słuchacza.
Kolejnym czterem zespołom przysłuchiwałam się z początku stojąc nieco z
„boczku” bądź chłodząc się (o ironio!) w piwnym ogródku, gdyż nie
budziły one mojego zbytniego entuzjazmu. Smętne peany, bądź wtórne
„darcie kota” niestety nie znajdowały się w zakresie moich
zainteresowań, natomiast zwiedzenie zaplecza fabryki Jelinek jak
najbardziej. Postanowiłam pojawić się od sceną dopiero na koncercie
Stratovariusa. O tej Fińskiej kapeli wiedziałam jedynie tyle że grają oni
power metal o baśniowym, tolkienowskim, że tak powiem zacięciu – co, w
moim mniemaniu, oznaczało niezłą zabawę. I nie myliłam się. Koncert od
początku do końca świetny, charyzmatyczny wokalista Timo Kotipelto i
niezaprzeczalny hit Hunting High and Low zapewniły genialna zabawę do
utraty tchu pod samiuteńką sceną. Tak rozgrzana czekałam z
niecierpliwością na występ
Blind Guardian. Zespół, który pokochałam gdy
wydali „Nightfall in Middle-Earth” – czyli muzyczną interpretację
Silmarillionu, zabierającą słuchacza w niezwykły świat J.R.R. Tolkiena. Na
sama myśl o koncercie Niemców przechodziły mnie ciarki. Jakże się
zawiodłam. Nie wiem czy to była tylko magia Tolkienowska działająca na
mnie gdy słuchałam
Blind Guardian w domu, jednak w utworach
zaprezentowanych na koncercie nie znalazłam nic interesującego. W
repertuarze koncertowym nie mieli nic z mojej ukochanej płyty – a tak
bardzo liczyłam na 3-4 utwory. Występ dłużył mi się niemiłosiernie, już
miałam się udać w kierunku przeciwnym do sceny gdy do moich uszu
dobiegły tak upragnione znane dźwięki Mirror Mirror. I to było to, i to
był
Blind Guardian jakiego chciałam słuchać, magia, czar, geniusz. Ale
tylko przez następne 5 minut. Może nie powinnam oceniać zespołu przez
pryzmat 1 płyty… Będę zawsze szanować ich za „Nightfall in Middle-Earth”
i dziękować za ta genialną płytę jednak … tylko za to.
Sobotni wieczór ponownie miał zakończyć się mrocznie, a mianowicie
występem
Tiamatu. Nie jestem wielką fanką tego zespołu i pomimo, że
widziałam ich już 2 razy tego roku, nadal czekałam z niecierpliwością na
pojawienie się Szwedów na scenie. Ponownie Skandynawia i ponownie
hipnotyczno-mesmeryzujący głos, tym razem Johana Edlunda powiódł mnie w
krainę muzycznej rozkoszy. I tak przez następna godzinę było mi dane po
raz kolejny upajać się dźwiękami dobrze mi już znanych utworów, "Until
The Hellhounds Sleep Again”, „Cain" oraz "Wings Of Heaven”, „Cold Seed"
oraz "Do You Dream Of Me” czy Gaia”. Było mrocznie i ciężko, i nawet
specyficzna festiwalowa atmosfera nie zdołała zabić czaru Edlundowego
wokalu. Po raz kolejny z rumem w ręku i owinięta woalem pięknego
męskiego głosu udałam się na spoczynek.
Niedziela – finałowy dzień, pomimo kilku ciekawych koncertów tj.
Eluveitie czy
Arch Enemy czekałam z niecierpliwością na gwiazdę –
Europe. Tak naprawdę muszę przyznać się bez bicia, ze właśnie koncert
tego zespołu zadecydował o chęci wyjazdu na
Masters of Rock. Ale zanim
nastąpił wieczór, postawiłam na folkowo-
metalowo, czyli Szwajcarów z
Eluveitie. Na Tuska mieli kiepskie nagłośnienie, występowali na małej
scenie więc tutaj spodziewam się większych fajerwerków. No i na
szczęście się nie przeliczyłam. Wreszcie było słychać wszystkie
instrumenty jak i głosy obu wokalistek. Zespół używa ciekawego zestawu
instrumentarium. Obok gitar elektrycznych basowych i perkusji, mają w
zanadrzu tradycyjne ludowe instrumenty tj: mandola, bodhram, fujarki,
zbliżony do fletu instrument - gaita czy skrzypce. Dość spore
zainteresowanie z mojej strony wzbudziło granie przez jedną z
wokalistek, Annę Murphy na lirze korbowej – ciekawy wynalazek. Taki
zestaw instrumentów przełożył się w wykonaniu
Eluveitie na świetną
klimatyczną muzykę z pogranicza folku-
metalu czy melodyjnego
death
metalu. Teksty, śpiewane przede wszystkim w wymarłym już języku
galijskim, dodały całości przysłowiowej nutki tajemniczości.
Powróciłam ponownie pod scenę gdy pojawiła się na niej niewielka, jednak
jakże rozpoznawalna i charyzmatyczna osóbka, a mianowicie Angela Gossow
wraz z
Arch Enemy. Pamiętam moją zdziwiona mina, gdy dowiedziałam się,
że na wokalu w tym zespole występuje kobieta. Angela uznawana jest za
jedną z najlepszych wokalistek używających growlingu i nie bez kozery bo
kobieta ma tyle pary w płucach, że niejeden facet mógłby się
powstydzić.
Arch Enemy dało niesamowite, prawie godzinne show,
melodyczne gitarowe brzmienia i mocne akcenty w postaci Angelowego głosu
nie pozwoliły nudzić mi się pod sceną. Jednak chęć usłyszenia
Europe
była silniejsza i nawet ucieszyłam się gdy Angela i co. opuścili scenę.
No cóż, co mam powiedzieć o tak niezaprzeczalnej gwieździe
glam hard
rockowego świata -
Europe? Któż nie zna kultowego kawałka „The Final
Countdown”? Oczekiwanie na gwiazdę zawsze jest najdłuższe, nogi
zaczynały włazić mi w d…, a barierka wbijała się w żebra, jednak gdy Joey
Tempest i spółka pojawili się na scenie wszystko inne odeszło na dalszy
plan. Koncert był fenomenalny, choć zobaczywszy oczy wokalisty zaczęłam
się nieco obawiać czy wytrzyma przez całe szoł. Jednak były to
bezpodstawne obawy, mimo wielu lat na karkach
Europe pokazało klasę.
Zagrali wszystkie najważniejsze kawałki ze swojej ponad 30-letniej
kariery jak „New Love in Town”, „Open your Heart”, „Cherokee”, „Rock The
Night” czy piękną balladę „Carrie”. Joye Tempest był szalony jak
zawsze, John Norum jak zwykle perfekcyjny, a cała zebrana publiczność
szalała pod Vizovickim niebem, oczekując jednej piosenki. Gdy po
zwyczajowym pierwszym bisie nastąpił drugi i nadal nic, zaczęłam się
powoli denerwować, ze zostawią nas bez finału. Jednak gdy po raz kolejny
zgasły światła, i gdy Mic Michaeli zagrał pierwsze akordy „Final
Countdown” po całym ciele przeszły mi ciarki, a czas jakby się
zatrzymał. Kolejne dźwięki tego mega hitu przebiegały przez moje ciało –
niesamowite uczucie. Tłum szalał, Tempest szalał – występ genialny,
szalony i pełen wspaniałych wrażeń. Tak jak i cały festiwal, mimo że nie
wszystkie zespoły odpowiadały moim gustom, moja dusza wypełniona została
w 100% świetnymi dźwiękami i jeszcze wspanialszymi obrazkami. Masters
of Rock REALY ROCK’S your ASS! WE’LL BE BACK!