Wąchał ktoś kiedyś poppersa? Poppers to takie chemikalium w małej buteleczce służące jako afrodyzjak. Na początku lat dziewięćdziesiątych można to było kupić w sex shopach, potem zostało zakazane. W wersji hardcoreowej można było przystawić tą buteleczkę do nosa i się zaciągnąć. Wywoływało to wtedy chwilową euforię i taki głupi uśmiech. Byłem kiedyś z kolegami w Amsterdamie i kupiliśmy sobie poppersa. Robiliśmy zawody, żeby się zaciągnąć się nie uśmiechnąć. Nikomu się nie udało. Morda po prostu cieszy się od ucha do ucha i nie ma siły żeby to opanować. Dokładnie taki sam odruch bezwarunkowy towarzyszy mi gdy usłyszę taki dobry, z jajem power metal. Taki właśnie jak No Sacrifice, No Victory.Wyjaśnię może co oznacza według mnie dobry i z jajem. Otóż muzyka musi być szybka, skoczna i taneczna. Tak żeby nie tylko morda się cieszyła ale i nóżka podrygiwała. Gitary muszą grać fajne melodyjne riffy i dobre solówki. Perkusja musi pędzić jak przysłowiowy koń po kapslach. Wokal musi być śpiewny z wyciąganymi motywami i przede wszystkim muszą być melodyjne, wpadające w ucho refreny, najlepiej, wspomagane chórem. Taki właśnie jest No Sacrifice, No Victory, choć zaznaczę od razu, że nie cała płyta trzyma najwyższy poziom. Ale po kolei.
Pierwsze cztery kawałki to są hiciory. Szczególnie pierwszy Any Means Necessary ale dalej naprawdę nie jest gorzej. To są właśnie przykłady doskonałego power metalu. Mamy tu wszystko czego można by chcieć od takiej muzyki. Szczególnie warto zwrócić uwagę na ścigających się w solówkowych przeplatankach gitarzystów. Czwarty z kolei Legion to najcięższy kawałek na płycie z dodatkowym, piekielnym intrem. Niestety po nim następuje Between Two Worlds, który jest przykładem wszystkiego tego czego nienawidzę w power metalu. Zupełnie niepotrzebna słodka, pudrowana balladka, przy której uśmiech gdzieś zanika, a i nóżka przestaje podrygiwać. Zastanawiam się zawsze po co takie zespoły nagrywają taki shit. Heavy metal to powinien być heavy metal, a nie jakieś p.........e. Przez taki przerywnik cała płyta traci na wartości. A może to ja się mylę? Może to jest fajne i potrzebne i komuś się podoba? Jak tak, to proszę napisać w komentarzach. Na szczęście potem następuje Hallowed Be My Name i wszystko wraca do normy. Kolejny numer, na który warto zwrócić baczniejszą uwagę to bardzo dobry Something For The Ages. Utwór instrumentalny ale bardzo ciekawy z bardzo fajną gitarową jazdą. Potem już trochę mniej porywające ale trzymające poziom utwór tytułowy i Bring The Hammer Down i rozbudowany, najdłuższy na płycie, ze spokojnym motywem w środku One Of The Kind.
No Sacrifice, No Victory to ciągła walka o ideały prawdziwego power metalowca, czyli walka za metal, walka dla walki, walka ramię w ramię wraz ze swoimi braćmi, walka przeciw wszystkim złym i innym, walka z różnymi bestiami, walka dla zwycięstwa. Oczywiście od tej walki nie ma odwrotu, niemożliwe jest też żeby się poddać lub nie zwyciężyć.
Na koniec całkiem fajny cover My Sharoma zespołu The Knack. Podsumowując bardzo dobra płyta, której słucha się przyjemnie, z uśmiechem i na wesoło. Taka i do tańca i do ru... No dobra, kończę bo chyba mi te afrodyzjaki do głowy uderzają:)
Tracklista:
01. Any Means Necessary 02. Life Is Now 03. Punish And Enslave 04. Legion 05. Between Two Worlds 06. Hallowed Be My Name 07. Something For The Ages 08. No Sacrifice, No Victory 09. Bring The Hammer Down 10. One Of A Kind 11. My Sharona (The Knack cover)