Każda nowa płyta Deicide była dziełem wywierającym na mnie ogromne wrażenie, aż do "Insineratehymn". Niestety po czterech rewelacyjnych płytach Deicide wyraźnie dostał zadyszki i nie utrzymał formy z poprzednich wydawnictw. Piosenki w większości są do siebie podobne, proste i schematyczne. Nie ma tu tego szaleństwa, nieokiełznanej agresji i jadu. Bardzo słabo prezentują się gitary i to jest największym minusem tej płyty.Na płycie jest trochę ciekawych motywów i wpadających w ucho riffów ale najczęściej mamy do czynienia po prostu z brzdąkaniem, które jest monotonnym podkładem pod monotonny wokal. Sytuację ratują solówki, których nie jest dużo ale ich poziom jest wysoki. Co do wokalu to ten również znacznie obniżył loty. Nie ma tu spontaniczności i dzikości do jakiej przyzwyczaił nas Zły. Dokładnie tak jak w przypadku gitar są ciekawsze momenty ale generalnie jest tu nudne wypowiadanie tekstu.
Teksty standardowo są jednym wielkim potokiem nienawiści dla ojca, syna i ducha świętego. Pogardliwym śmiechem nad losem głupich chrześcijan naiwnie wierzących w zmartwychwstanie, odkupienie i zbawienie. Całe szczęście, że nad wszystkim czuwa dobry Szatan, z którym podmiot liryczny pozostaje za pan brat. Niezbyt to oryginalne i odkrywcze ale tak już po prostu musi być i to się już nie zmieni, jak muzyka AC/DC.
Żeby było jasne, Insineratehymn to nie jest zła płyta. Są tu ciekawe momenty, wpadające w ucho, a taki Standing In The Flames naprawdę może się podobać. Za mało tu dobrej muzyki, dzikich ryków, szaleńczych solówek. Za mało Szatana w Szatanie. Deicidezawiódł po raz pierwszy i niestety nie ostatni. Ale na pocieszenie zawsze można sięgnąć po pierwszą płytę.
Tracklista:
01. Bible Basher
02. Forever Hate You
03. Standing in the Flames
04. Remnant of a Hopeless Path
05. Gift That Keeps On Giving
06. Halls of Worship
07. Suffer Again
08. Worst Enemy
09. Apocalyptic Fear
10. Refusal of Penance
Wydawca: Roadrunner Records (2000)
Wysłany przez: WUJAS
Zaakceptowane przez: amorphous Wysłano: