Po zaznajomieniu się z zawartością, stwierdzam, że naprawdę ciężko jest odkryć w tym gatunku coś świeżego.
Circus Maximus jest zespołem grającym sprawnie technicznie, zdecydowanie bardziej prog niż powermetalowym, ale niestety brakuje oryginalności. Cóż z tego jeśli po raz wtóry usłyszymy szybkie techniczne solówki gitarowe, popisy klawiszowca, skoro brakuje pomysłu, oryginalności i sensu. Norwegowie silą się aby nadać utworom epickiego charakteru, ale niestety efekt nie jest zadowalający.
Circus Maximus nie potrafi stworzyć tak zawiłych struktur jak Dream Theater, nie potrafi nadać takiej dynamiki, w grze muzyków nie słychać pasji - jest jedynie rzemieślnictwo.
Są jednak dwie rzeczy, które lubię w tym albumie. Pierwsza z nich jest barwa głosu wokalisty, przypominająca ... Sebastiana Bacha ze Skid Row, tyle, że nieco mroczniejsza. Wokale są akurat największym wyróżnikiem tego albumu. Kolejnym plusem jest utwór otwierający - "Sin", który łączy w sobie rytmikę Nevermore, popisy Dream Theater i przebojowość Queensryche z okresu "Empire"
Muszę jednak przyznać, że choć
Circus Maximus jest lepszy od większości podobnych klonów, to mimo wszystko nie poraża pomysłowością, ani oryginalnością. Jest to po prostu kolejny zespół pozbawiony tożsamości, który może zaoferować jedynie bardzo dobre instrumentarium. Sądzę jednak, że w dobie obecnej to zdecydowanie za mało, aby zdobyć szacunek słuchaczy.
Wydawca: Inside Out Records (2005)