"Vile" rzeczywiście nie przynosi wielkich zmian w porównaniu do poprzednich wydawnictw zespołu - dalej jest to typowa łupanina, do której Kanibale nas przyzwyczaili. Są jednak elementy, które wyróżniają ten album spośród dyskografii zespołu. Pierwsza z nich jest niewątpliwie osoba Corpsegrindera - jego growling nie jest tak głęboki jak Barnesa, śpiewa on w sposób o wiele bardziej zrozumiały, pojawiają się dualizmy wokalne - obok growlu pojawia się skrzek. Muszę przyznać, że zmiana na stanowisku wokalisty wyszła zespołowi tylko na dobre. Kolejnym wyróżnikiem tego wydawnictwa są partie solowe - bardzo techniczne, gęsto grane, chyba po raz pierwszy pokazujące, że
Cannibal Corpse są dobrymi instrumentalistami.
Odwiecznym problemem Kanibali jest jednak brak urozmaicenia w utworach. Owszem, czasami odnoszę wrażenie, że zespół gra wolniej, bardziej chwytliwie (pewne nawiązania do "Bleeding"), ale to jest zdecydowanie za mało, aby się tym emocjonować. Zastrzeżenia mogę mieć także do tego, że utwory zagrane są bez pasji, sprawiają wrażenie odegranych od niechcenia, nie czuć tej dzikości, która towarzyszyła choćby "Tomb Of The Mutilated".
Ciężko jest mi zweryfikować wartość tego albumu w porównaniu do poprzednich wydawnictw formacji. Niewątpliwie jest to najbardziej techniczny krążek Amerykanów, ale osoby ceniące sobie surowość, prostotę, szybkość powinni raczej sięgnąć po wcześniejsze dokonania zespołu. Warto także zaznaczyć, że nie jest to muzyka dla każdego - nawet nie każdy fan death metalu musi tą muzykę strawić.
Wydawca: Metal Blade Records (1996)