Ekipa poznańsko-chodzieska standardowo wybrała się
do Czech już we wtorek w nocy, aby zająć najlepszą miejscówkę poza
polem namiotowym. Tutaj też chyba zaczyna się początek imprezy -
pomijając rozśpiewany alkobus, przeszliśmy krótką lekcję historii
muzyki, z której dowiedzieliśmy się, że protoplastami
death metalu
wcale nie byli muzycy Possessed czy Chuck Schuldiner, ale mama
jednego z kolegów, za sprawą której powstała także Anathema. Jakby nie
patrzeć wielu pasażerów przez lata żyło w niewiedzy. Po
podróży bez większych niespodzianek dotarliśmy do
Jaromera około 8.00 w
środę z niewielkimi stratami w ludziach. Nie przeszkadzało to jednak w
szybkim zakwaterowaniu się i witaniu kolejnych przybyszy, którzy
chowali się pod czarnymi koszulkami i skórami przed upalnym skwarem.
Tutaj
też trzeba wspomnieć o dwóch kolejnych arcyważnych punktach festiwalu -
markecie Penny, którego magazyny alkoholu chyba są najpotężniejsze na
świecie oraz o odkrytym basenie, który nie tylko zapewniał rozrywkę,
ale był sanitarną mekką dla miłośników ciężkich rytmów. Nic więc
dziwnego, że zaraz po tym jak zrobiliśmy się na bóstwo w łazienkach
najbardziej kultowego basenu Europy środkowo-wschodniej, zaopatrzyliśmy
się w stosowne trunki - kartonikowe wino Archetto, które ku uciesze
zgromadzonych potaniało w stosunku do roku poprzedniego, jak i szeroki
asortyment czeskiego piwo przeważnie wątpliwej jakości.
To co
zwracało uwagę, to fakt, że poza polem namiotowym nie było ani widu ani
słychu organizatorów - brak ogródka piwnego, szczątkowa ilość
toi-toiów, nieczynny bar Bastion oraz brak opiekanej na różnie
świni mimo wszystko rozczarowała. Na całe szczęście wielki, biały
namiot, który rozbiliśmy dawał schronienie przed upierdliwym skwarem,
skutecznie utrudniającym spożywanie ciepłych-zimnych napojów. Ku
naszej uciesze obóz był na tyle charakterystyczny, że kolejni znajomi z
miasta koziołków, z Wrocławia, Kłodzka i Zawiercia uzupełnili kadrę
towarzyską gwarantującą zabawę pierwszej klasy.
Na godzinę 15.00
wyznaczono otwarcie bram festiwalu i odbiór opasek. Tutaj niestety
organizatorzy dali ogromną plamę, gdyż jeszcze o godzinie 17.00 nie
było możliwości ich odbioru z niewiadomych dla nas przyczyn.
Zirytowane, zebrane pod bramą towarzystwo masowo wracało do swoich
namiotów celem kontynuowania rozrywki licząc na późniejszy odbiór
wejściówek. Nie inaczej było z nami. Na całe szczęście wieczorna próba
była o wiele bardziej skuteczna i przebijanie się przez kolejką i tłum
nie stanowiło większego problemu. Tego wieczoru jednak nie pokusiliśmy
się o odwiedzenie stoisk z płytami i innym merchandisem, gdyż zmęczenie
dało sie we znaki i spędzenie czasu przy piwie w zaciszu zacienionego
namiotu było o wiele lepszą alternatywą.
Czwartek - 6 sierpniaPierwszy
dzień festiwalu standardowo rozpoczęliśmy od pożywnego śniadania - w
tym roku absolutnym hitem były jogurty z bułeczkami, które świetnie się
sprawdzały w piekielnych temperaturach czeskiego przedgórza. Oczywiście
obowiązkowa rozrywka na basenie, podziwianie walorów czeskich kobiet
oraz picie zimnego piwka w pobliskiej restauracji uświadomiło nas, że
legendarna Utopia jest właśnie tam. Obowiązkowy obiadek (po raz kolejny
słowa uznania dla miejscowego działu gastronomicznego) w zaciszu
zieleni tylko podkręciło w nas chęć do udania się na teren festiwalu i
skonfrontowania się z brutalową rzeczywistością. Ostatecznie pierwszym
gigiem festiwalu jaki zobaczyliśmy był szwedzki Darkane. Nie udało się
natomiast dotrzeć na koncerty Flowers For Whores, The Lucipher’s
Principle (podobno zamiast basu używają kontrabasu) oraz War From A
Harlouth Mouth. Darkane zagrali całkiem przyzwoity koncert, a ich
muzyka z pogranicza thrashu i metalcoru raczej przypadła do gustu
publiczności, która zapełniła około połowy miejsc pod sceną. Dało się
jednak zauważyć, że w tym roku przybyło mniej fanów niż w roku
poprzednim. Występ Carnifex postanowiliśmy odpuścić, ale legendarny
Sadus wypadało już jednak zobaczyć. Niestety ekipa genialnego Steve
DiGiorgio rozczarowała na całej linii. Ich występ był pełen zgrzytów,
jazgotu, a i kontakt z publicznością nie należał do najlepszych. Widać
było hm tremę? oraz fakt, że dwóch muzyków krzątających się po scenie
nie dawało rady ogarnąć rzeczywistości pod sceną.
Bardzo natomiast
wyczekiwałem koncertu
Rotting Christ. Tak jak wielokrotnie nasłuchałem
się o tym, że koncertowo Grecy nie wypadają dobrze, tak lubię ich
muzykę z płyt. Grupa zebrała naprawdę ogromną publiczność i zaczęła
swój występ z dużym impetem. Poleciał jakiś utwór z "Theogonia” i byłem
naprawdę pod dużym wrażeniem. Niestety kolejne numery już takiej werwy
nie pokazały, animusz muzyków chyba nieco siadł i zrobiło się dość
przeciętnie. Dopiero starsze klasyki ożywiły nieco publikę, co nie
zmienia faktu, że set
Rotting Christ był przeciętny.
Obowiązkowym
natomiast było zobaczenie hardcorowego
Madball. Nigdy nie miałem
styczności z tą grupą, ale niejednokrotnie mówiono mi (zwłaszcza o fenomenalnym basiście zespołu, który w sposób jednoznaczny zbliża się do osiągnięcia kształtu idealnego - jakim jest kula i którego największą fanką jest moja redakcyjna koleżanka) o bardzo
żywiołowych koncertach tej formacji. Tak też było - potężne brzmienie i
ogromna energia bijacą ze sceny porwała publiczność. Nawet ja,
zazwyczaj co najwyżej kiwający głową dałem się ponieść w wir
szaleństwa, który zaserwowali oldskulowi nowojorscy hardcorowcy. Świetny kontakt z publiką, żywiołowość widoczna na scenie i
dynamiczna muzyka okazała się wystarczającym elementem, aby uznać
występ
Madball za jeden najlepszych na tegorocznej edycji festiwalu.
Niestety
dobrego słowna nie można powiedzieć o Orphaned Land. Ich progresywne
death metal rodem z Izraela brzmiał dość niezdarnie i nie ratował nawet
fakt, że Kobi Fahri ma naprawdę mocny wokal. Zabrakło mocy, zabrakło
przekonania, a przede wszystkim zabrakło dobrego kontaktu z
publicznością. Grupa skupiła się na starszych utworach, a z "Mabool”
usłyszeliśmy jedynie, "Ocean’s Land”, "A Kiss Of Babylon”, "Birth Of
The Three” oraz zupełnie nietrafiony "Norra El Norra”. Bezsprzecznie
był to najsłabszy koncert jaki widziałem od lat.
Z czystej
ciekawości wybrałem się na występ Pain, gdyż nigdy nie słyszałem tego
co gra zespół, ale wiem, że wielu znajomych chwali sobie tą grupę.
Miłośnikiem twórczości Petera Tagtgrena nigdy nie byłem (mówię o
Hypocrisy) dlatego nie liczyłem na zbyt wiele. Bardzo mile jednak zostałem zaskonczyn, ogromna publika i proste piosenkowe numery mocno
ubarwione nowoczesną elektroniką często zahaczającą o industrial
porwały widownię która głośno śpiewała kolejne piosenki. Nie potrafię
wymienić ani jednego tytułu, ale wiem, że lider stanął na wysokości
zadania dając show na bardzo wysokim poziomie - teraz nie omieszkam
zapoznać się z muzyką Pain.
Gwiazdą tego wieczoru miał być
jednak hardcorowy
Biohazard. Nigdy nie byłem miłośnikiem tej grupy, ale
to co zrobili z publicznością zasługuje na gromkie brawa. Wysoki poziom
instrumentalny, moc, energia i zabawa na całego sprawiły, że
Biohazard
oglądało się bardzo przyjemnie i raczej chciało się więcej niż myślało
o tym kiedy będzie koniec.
Biohazard dał prawdziwy popis serwując chyba
najlepszy koncert tego dnia. Warto tutaj wspomnieć także, że interakcja w jaką zabawił się lider formacji z przedstawicielkami płci pięknej - może służyć za przykład wyluzowanego show dla innych spinających się niepotrzebnie zespołów. Dziewczyny skakały, tańczyły, śpiewały - uzupełniając wygłupy reszty grupy.
Tuż przed występem Bioharaz
pojawiła się informacja, o zmianie rozkładu jazdy festiwalu - ogromnie
się rozczarowałem, że Cynic będzie kończył ten dzień festiwalu, a
zamiast niego wcześniej usłyszymy Brutal Truth. Niestety - po
fenomenalnym koncercie
Biohazard, muzycy Brutal Truth zabrzmieli jak
amatorzy. Pomijając złe nagłośnienie, przez prymitywną muzykę na dość
nieapetycznym wizerunku scenicznym kończąc. Po trzech utworach zrezygnowałem
z oglądania ich, a szkoda, bo główną atrakcją ich występu, był jakiś
inwalida bez nóg i jednej ręki, który wpadł na scenę i się miotał po
podłodze. To musiał być raczej żenujący widok. Niestety na tym występie
zakończyłem ten festiwalowy dzień i koncerty Turisas i Cynic znam
jedynie z opowieści. Ci pierwsi podobno nie zawiedli – ubrani niczym
wojacy zarefowali przyzwoitą porcję folk metalu, zaś Masvidal i spółka
podobno dali o wiele lepszy set niż dwa lata temu, o czym świadczy
fakt, że nawet osoby nie lubiące technicznego grania odebrali ich
koncert bardzo pozytywnie.
Pierwszy dzień festiwalu trzeba było
więc zaliczyć na ogromny plus. Nawet na wpół rozwodnione festiwalowe
piwo okazało się skutecznie gasić pragnienie, a szeroki wachlarz
kulinarny raczej nie pozostawił nikogo zagłodzonym. Na plus trzeba
podkreślić także fakt, że kolejki po żetony festiwalowe były
obsługiwane szybko, o wiele sprawniej niż w roku ubiegłym. Oczywiście
udało się także odwiedzić stoiska płytowe i wyhaczyć jakieś perełki,
jak i odwiedzić kino, w którym ulubionym seansem była "Martwica mózgu”,
goszcząca na telebimie bardzo często, a może i zdecydowanie za często.
Skwar i nieodpowiednie ogumienie sprawiło, że po tym dniu nogi właziły
mi w tyłek. Konieczny rekonesans w naszej bazie okazał się jednak
wystarczająco relaksujący, aby rozpocząć nowy dzień z uśmiechem. Trzeba
też zaznaczyć, że dopiero w czwartek otworzono "Bastion”, w którym
oczywiście dominowała polska brać.
Piątek - 7 sierpniaJak
przystało na poważnych i ustatkowanych ludzi dzień rozpoczęliśmy od
piwa, papierosa i lekkiego śniadanka. Poranne towarzyskie rozmowy
sprawiły, że odpuściłem występ pierwszych pięciu zespołów docierając
dopiero na upragniony koncert diabłów tasmańskich z
Psycroptic. 40
minut wystarczyło jednak, aby zrobić z mojego mózgu wodę. Jason
Peppiatt choć może nie jest tak genialnym wokalistą jak poprzedni
- Matthew Chale, ale na pewno jest fantastycznym
frontmanem potrafiącym nawiązać kontakt z publiką (no i ten świstający warkocz! przyp. redakcyjna koleżanka). Sterylny, bezduszny
i ultratechniczny
death metal w wykonaniu formacji dość powiedzieć z nutką romantyzmu w głosie - oczarował mnie!
Poleciały takie numery jak "Isle of Disenchantment”, "The Colour Of
Sleep”, "Ob(Servant), "A Calculated Effort” wieńczący występ “Initiate”
czy skandowany przez publikę “Skin Coffin”. Prawdę powiedziawszy
dopiero teraz doceniłem jak świetnym albumem jest "Ob(Servant)", na
którym wszystko jest dopracowane jak w szwajcarskim zegarku. Bohaterem
koncertu był jednak dla mnie basista Caremon Grant, który wciąż jest
wielce niedoceniany, a to co pokazał tutaj spowodowało u mnie opad
szczęki. Występ
Psycroptic był jak dla mnie obok Pain najmilszą
niespodzianką tego festiwalu.
Oczywiście nie można było
przeoczyć arcyciekawego występu rumuńskiej Negury Bunget. Co prawda
godzina 13.30 to zdecydowanie nieodpowiednia pora na tak klimatyczne i
pełne mroku dźwięki, ale muzyka obroniła się sama nawet pomimo
zgrzytów nagłośnieniowych. Okazało się bowiem, że jakieś orły zamiast
skierować głosniki na publiczność skierowały je na mury, przez co
dźwięk się trochę zlewał, a gitary nie miały należytej mocy. Mimo
wszystko szeroki asortyment ludowych instrumentów i oryginalność muzyki
sprawiło, że Rumuni mogli wracać do domów z tarczą.
Po tym
występie trzeba było zadbać o swój stan sanitarny, dlatego zamiast
oglądać występy Gadget, Grave, Vomitory i Dagoby (która, notabene nie
dojechała) wybraliśmy basen i obniżenie temperatury ciała. Udało się na
szczęście dotrzeć na wielce oczekiwany przez mnie Atheist. Mistrzowie
technicznego
death metalu mieli jednak blisko 20-minutową obsuwę, gdyż
dźwiękowcy nie mogli ustawić odpowiedniego brzmienia. Ostatecznie, gdy
grupa zaczęła występ od "Unquestionable Presence”, po 20 minutach
siadła gitara i trzeba było stroić od nowa. Zdenerwowana i
zniecierpliwiona publiczność, zdenerwowany Kelly Schaeffer - no i
wszechobecne napięcie podczas tego występu. Cóż z tego, że Steve Flynn
za zestawem perkusyjnym wyczyniał cuda, cóż z tego, że Tony Choy
poruszał się na scenie jak Joe Cocker, cóż z tego, że Chris Baker to
prawdziwy gitarowy shredder, a 24-letni Jonatan Thompson skutecznie
dopełniał tła, że Schaeffer załapał dobry kontakt z fanami, skoro
nerwówka była namacalna. "Unholy War”, "On They Slay”, "Piece Of Time”,
"Unquestionable Presence”, "Your Lifes Retribution” (to solo w środku - miód na uszy), “Air” i “Minerals” – zaledwie siedem numerów i ogromny
niedosyt, że tak krótko. Niestety, okazuje się, że nawet najlepsi
instrumentaliści nie przeskoczą wybryków technologii. Furorę natomiast
zrobił Tony Choy ze swoim zielonym dresem, gdzie po koncercie,
przechadzając się z Jonatanem Thompsonem wśród tłumów robił setki zdjęć
z fanami.
Występ Beneath The Massacre potraktowałem dosyć
pobieżnie udając się w tym czasie na piwo. Niestety syntetyczny
deathcore Kanadyjczyków nie trafia do mnie, ale z tego co widziałem
scenicznie grupa prezentowała się nieźle, a publika reagowała dość
entuzjastycznie. Nie było to jednak nic czym można się było zachwycić.
Udało mi się natomiast w pełni zobaczyć występ Vreid. Zważywszy na
fakt, że pierwszy raz usłyszałem ich muzykę na polu namiotowym z
głośników samochodowych i przyjąłem ją całkiem entuzjastycznie, tak
występ Norwegów był co najwyżej poprawny. Przede wszystkim - frontman
był zdecydowanie zbyt statyczny i małomówny. Niestety, ale to drugi
gitarzysta i basista musieli nadrabiać za niego. Muzycznie też było
dość przeciętnie. Pierwsze utwory nawet nie się podobały, ale im bliżej
było końca, tym bardziej myślałem o końcu tego koncertu. Od entuzjazmu
byłem więc bardzo daleki. Przerwę na odpoczynek postanowiłem sobie
zrobić podczas występu November’s Doom - zimne piwo i oglądanie
koncertu na siedząco zupełnie mi wystarczyło - grupa zagrała żwawiej
niż na płytach, jakby bardziej deathmetalowo i w zasadzie ich koncert
można było uznać za lekko zaskakujący co za tym idzie poprawny i przyjemny w odbiorze.
Szybko napływające tłumy fanów
oznaczały nic innego jak występ Pestilece. Prawdę powiedziawszy nie
wiedziałem czego się spodziewać, bo najnowszy album Holendrów to póki
co rozczarowanie roku, a i do moich ulubieńców też nigdy nie należeli.
Na całe szczęście Patrick Mameli to stary wyjadacz zafundował
słuchaczom przekrojówkę przez twórczość grupy – było "Out Of The Body”
z "Consuming Impulse”, było "Secrecies of Horror” i "Land Of Teras” z "Testimony Of The Ancients”, było "Mind Reflections” ze "Spheres”, było
też "Devoured Frenzy” i "Horror Detox” z "Resurrection Mcabre”, było
też coś z "Malleus Malleficarum”. Trochę mnie zadziwiła bardzo
entuzjastyczna reakcja publiczności, gdyż nagłośnienie do najlepszych
nie należało, a i sam występ raczej średnio mi się podobał - nie
zmienił tego nawet Tony Choy, który po raz drugi paradował z zielonym
dresiku (co w połączeniu z jego gibkością cielesną ponownie wprawiło w optymizm wizualny moją redakcyjną koleżankę). Występ na pewno się jednak podobał muzykom
Suffocation, którzy
w odległości 3 metrów ode mnie sączyli piwko i uważnie słuchali
poczynań Mameliego i spółki.
Prawdę mówiąc większe wrażenie
zrobił na mnie 50-minutowy koncert Brujerii. Nigdy nie byłem fanem ich
muzyki, ale ich gig był o wiele bardziej widowiskowy. Prostsza,
bardziej skoczna muzyka przełożyła się na żywiołową reakcję publiki, a
ja nawet jedząc nudliczki machałem sobie łysinką do rytmu. Co poleciało
– nie wiem nie znam na tyle twórczości Brujerii, wiem, że podobało mi
się, nawet mimo iż niektórzy narzekają, że Shane nie powinien męczyć paluchów na gitarze, a pozostać wiernym basikowi.
Bardzo byłem ciekaw natomiast występu
Opeth. O ile w
klubach, gdzie grupa ma dużo czasu dla siebie koncerty niewątpliwie są
przeżyciem, o tyle godzinny set to chyba zdecydowanie za krótko, aby
pozostawić ogromne wrażenie. Niestety
Opeth mnie rozczarował. Pomijając
fakt, że Szwedzi od czasu wydania "Watershed” grają praktycznie ten sam
zestaw kawałków, o tyle grają je według mnie na odpierdol. Niestety "Heir
Apparent” był grany tak jakby ktoś na muzykach to wymusił. Podobnie "The Lotus Eater”, i "Leper Affinity”. Jaśniejszymi punktami tego
występu był zagrany w werwą "Ghost Of Perdition” oraz spokojniutki,
śliczny "Closure”. Na zakończneie oczywiście nie mogło polecieć nic innego jak
oklepane do bólu "Deliverance".
Katastrofa jednak
miała dopiero nadejść. Mając w pamięci występ
Testamentu na Metalmanii
w 2007 roku liczyłem, że starzy thrashersi nie zawiodą. Srodze się
przeliczyłem. Billy ryczał tak głośno, że zagłuszał instrumenty, gitary
były pozbawione mocy, a utwory, które usłyszałem chyba już samym
muzykom nie sprawiają przyjemności "The Preacher”, "Into The Pit”, "Ober The Wall”, "Burnt Offerings”, "Practice What You Preach”, "New
Order”, "D.N.R.”, "3 Days In Darkness” czy "More Than Meets The Eye” -
wszystko zagrane na jedno kopyto, kompletnie bez werwy. I co z tego, że
scenicznie wyglądało to nieźle, skoro muzycznie było to poniżej
katastrofy. To było zdecydowanie moja największe rozczarowanie
festiwalu.
Na całe szczęście po Testamencie pojawił się
Ulver,
który zapewnił mi i mojemu otoczeniu potężną dawkę humoru. Pomijając
fakt, że dopiero po 15 minutach zorientowaliśmy się, że już trwa koncert,
to wizualizacje dobrane do mocno ambientowego koncertu były podstawą do
dyskusji na temat zastosowania muzyki
Ulver w życiu codziennym.
Nazistowskie, archiwalne filmy, oko, taniec kobiety-ptaka, zebra,
czarna postać, próbująca gwałcić kobietę - to się przewijało na
telebimie. Trzeba jednak przyznać, że
Ulver skutecznie zatarł złe
wrażenie po gwiazdach wieczoru - muzyczne ukojenie dla uszu i
intrygujące wizualizacje odebrałem pozytywnie. Z czystej ciekawości
zostałem jeszcze jednym utworze Dark Funeral, ale jednostajna sieczka
raczej nie rokowała dobrego koncertu, więc drugi dzień festiwalu mogłem
uznać za zakończony. Oczywiście krótki rekonesans po namiotach plus
ekspresowa dekonstrukcja wątroby były obowiązkiem każdego członka
naszego obozu, więc i wieczór, choć krótki, to udany. Zastanawialiśmy
się tylko, czy odgłosy, które dobiegały z daleka to jadący pociąg czy
drugi set
Ulver...
Sobota - 8 sierpnia
Dwudniowy
skwar, niechęć do picia alkoholu, codziennie to samo na śniadanie - to
musiało się jakoś odbić. Postanowiłem wiec, że sobotni dzień rozpocznę
dopiero koncertem The Faceless, zaś całe przedpołudnie spędzimy w
najważniejszym punkcie festiwalu czyli na basenie - bądź co bądź
opłacało się - w końcu najedzony, schłodzony, czysty, napatrzony na
kobiece wdzięki mężczyzna jest najszczęśliwszy. Pełen więc entuzjazmu
udałem się na występ The Faceless. Niestety mój entuzjazm szybko opadł,
bo bardzo dobra gra muzyków została zagłuszona sceniczną
beznadziejnością. Pokuszę się o stwierdzenie, że Amerykańscy
tech-deathmetalowcy grali jakby ktoś wsadził im kołki w dupska. Sztywno,
niemrawo, bez przekonania. Nawet gdy wokalista zaczął namawiać publikę
by odśpiewała "sto lat” gitarzyście, to wyszła z tego jedna wielka
żenada. Oczywiście poleciało trochę szlagierów w tym "Xenochtist”, "Ancient
Covenant”, "An Autopsy”, "Coldly Calculated Design”, "Legion Of The
Serpent”.
Następny koncert jaki dopiero zobaczyłem to
deathmetalowe Hate Eternal. Zawsze uważałem Rutana za świetnego
rzemieślnika, któremu do geniuszu dużo brakuje. Niestety - dało się
zauważyć na scenie, że brakuje drugiego gitarzysty. Niby wszystko
brzmiało potężnie, ale zdecydowanie za mało widowiskowo. W zasadzie po
odegraniu "The Victorious Reign” i "Behold Judas” Rutanowi zabrakło
asów w rękawie i zrobiła się z koncertu sieczka, która najzwyczajniej w
świecie męczyła. Konieczne więc było udanie się do namiotu i czekanie
na gwiazdy festiwalu, gdyż nie było sensu smażyć się na słońcu. Siedząc
w spokoju, w odległości 15 minut od terenu festiwalu po raz pierwszy
słyszałem jak dociera, a raczej dudni stamtąd muzyka. To Misery Index w
tym czasie niszczył publiczność podobno rewelacyjnym koncertem.
Udało
mi się natomiast dotrzeć na brytyjski Anaal Nathrakh, który dał
naprawdę przyzwoity koncert, choć trochę zabrakło w głośnikach mocy.
Poleciał głównie nowy stuff, choć publika doczekał się tez numeru z
legendarnego "Codex Necro”. Po tym występie nie pozostało więc już
innego jak czekać na Suffocation i Immortal – zamiast wiec oglądać
Atrox udało się znaleźć opiekanego świniaka, którego bardzo szybko
zabrakło. Na całe szczęście pieczone ziemniaki w mundurkach, z kapuchą
kiszoną i boczkiem okazały się fantastycznym rozwiązaniem. Zawsze było to lepsze niż jedzono ze stoiska „McShit” lub Brutalburger (czyli
hamburger ze wszystkim) za całe 3,5 kupona.
No i przyszła pora
na gwiazdy. Pierwsze - Suffocation. Ku mojemu zaskoczeniu duża, ale nie
ogromna publika, ale to co poleciało ze sceny dało się określić jako "moc i zniszczenie". "Liege Of Inveracity”, "Jesus Wept”, „"Catatonia”, "Infecting The Crypts”, "Effigy Of The Forgotten”, "Blood Oath”, "Come
Hell Or High Priest” czy zagrany na bis “Thrones Of Blood” - to tylko
niektóre tytuły. Suffocation świetnie się prezentowało na scenie i
miało zdecydowanie najlepsze i najczystsze brzmienie spośród wszystkich
grup na tym festiwalu. Naprawdę czułem jak mi pulsują flaki i naprawdę
w tym momencie mało mnie interesowało, że nie poleciało w zasadzie nic
z "Breeding The Spawn” czy samozwańczej płyty sprzed trzech lat.
Suffocation rzeczywiście na koncertach wypada mocarnie i cały zespół to przedstawiciele zwierzęcej reprezentacji scenicznej.
Więcej
obaw wiązałem z występem Immortal – czy to będzie odcinanie kuponów, czy
dwóch gości umalowanych jak pandy da radę na scenie ? Czy w końcu
niezbyt ciężki black metal oczaruje publikę? Powrót dla kasy czy też
nie - Immortal pokazał klasę. Co więcej - był to jeden z najlepszych
koncertów jakie w życiu widziałem. Zaczęli od "The Sun No Longer Rises”
z płyty "Pure Holocaust” ot taki numer na rozgrzewkę. Potem jednak
poleciały już niemal tylko kawałki z trzech ostatnich płyt "Withstand
The Fall Of Time”, "Solarfall”, "Damned In Black”, "One By One”,
"Tyrants”, "Sons Of Northern Darkness”, genialne "Beyond The North
Waves” czy wieńczący koncert, zagrany z impetem “Blashyrkh”. Zimne
światła, plucie ogniem, kupa pirotechniki - to nie mogło się nie
podobać. Publika, zarówno starsi i młodzi reagowali radośnie, a na
rękach przekazywana była pluszowa panda, która w końcu została
uwieczniona na telebimie. Poza tym Abbath w trakcie koncertu zrobił
sobie przerwę na papierosa, a jego zachowanie sceniczne, podobnie z
resztą jak Apollyona niejednokrotnie miało w sobie coś z komedii -
Immortal to nie jest żadna szatańska horda - to prawdziwi szołmeni,
którzy wiedzą na czym polega biznes muzyczny. Tym koncertem to dobitnie
pokazali, serwując zdecydowanie najlepszy koncert tego festiwalu. I
prawdę mówiąc mógłbym na tym koncercie zakończyć immprezę.
Koncert
metalcorowego Wells Of Jericho także jednak należy zaliczyć do udanych (choć moja redakcyjna koleżanka twierdzi, że to była absolutna porażka z cyklu "akustyk zasnął").
Pomijając fakt, że wokalistka ma ograniczony zasób słów lubi sex
jak koń owies i słowo "fuck” ścieliło się gęsto, to nie można odmówić
muzykom animuszu i werwy włożonej w występ. Źle natomiast wypadł
Marduk, który powoli zawiśnie w mojej gablotce najgorszych koncertowych
grup świata zaraz obok Kataklysm. Niestety - Mortuus jest fatalnym
frontmanem, a grupa prezentuje się na scenie mizernie, nawet jeśli
muzyka jest przyzwoita. Cóż, Vader będzie miał słaby support na zbliżającej się trasie Blizkrieg po Polsce.
Ostatni festiwalowy dzień dobiegł
końca – uczucia mieszane, ale Suffocation i Immortal na pewno
zrekompensowały wszystkie inne niedociągnięcia. Powrót do namiotu, picie i jedzenie ostatków,
ostatnie pogaduchy i spać. A o poranku pakowanie i odliczanie dni do
kolejnej edycji festiwalu, która odbędzie się w dniach od 12 sierpnia do 14 przyszłego roku. Obowiązkowe zakupy w Albercie w Trutnov,
seans z "Rejsem”, żurek w Polkowicach – to największe atrakcje podróży
powrotnej.
Podsumowanie:
Jaki był ten
festiwal? Chyba słabszy od ubiegłorocznej edycji. Zdecydowanie zbyt
dużo zespołów rozczarowało, a i było to chyba mniej urozmaicone jeśli
chodzi o gatunku. Gorsza też była organizacja. Po dwóch edycjach nadal
nie wiem gdzie są prysznice. Mniej też było toi-toiów, ogródków
piwnych. Organizatorzy dali prawdziwą plamę z odbiorem opasek, a i
młoda ochrona wpuszczająca na festiwal pracowała zbyt opieszale
powodując duże kolejki. Na plus natomiast trzeba zaliczyć gastronomie -
niby podobna do ubiegłorocznej, ale chyba lepsza jakościowo, nie
powodująca awarii żołądkowych. Pogoda na pewno też dopisała - skóra
schodząca z twarzy, czy bąble od oparzeń nie były rzadkością. Towarzysko jak zawsze wyśmienicie - muzycznie z lekkim jednak niedosytem. Oby XV edycja zatarła ten lekki niesmak.
Jakie występy mi się najbardziej podobały?
1. Immortal
2. Biohazard
3. Suffocation
4. Madball
5. Psycroptic
6. Pain
Jakie mnie się najmniej podobały?
1. Orphaned Land
2. Testament
3. The Faceless
4. Marduk
5. Opeth
6. Sadus