Zacznijmy od początku mamy na płytce 9 utworów. Dwa instrumentale. Dużo Tolkiena, trochę Kinga, trochę Dvoraka, ogólnie mówiąc po prostu power metal... i ten cudny wokal. Może i lubuję się w tandecie, może i ta płyta to prawdziwa szmira, ale dla mnie jest to dzieło sztuki. Wszystko jest na tej płycie proste i nieskomplikowane. Taka milusia rąbaneczka (bo rąbanką tego nie nazwę). Mój faworyt na tej płycie to "Majesty", pokopany utwór, ale za to go kocham. Na kolejnym miejscu plasuje się "Run For The Night", a dalej cała reszta. Jakoś tytułowe "Battalions Of Fear" mi tu do wszystkiego nie pasuje... Jakby były wepchnięte na siłę (aż dziwne, że "Battalions Of Fear" to też nazwa albumu, no ale cóż). Ogólnie mówiąc solidna płyta.
Wydawca: No Remorse Records (1988)