Licznie przybyłym do klubu fanom kazano czekać na rozpoczęcie pierwszego występu aż do godziny 20-tej, kiedy to na scenie pojawiła się piątka panów z
Division By Zero. Repertuar grupy tym razem - bardziej niż poprzednio - wzbogacony był o nowe kompozycje, a to w związku ze zbliżającą się premierą drugiego studyjnego wydawnictwa Ślązaków pod tytułem "Independent Harmony". Jak zwykle dominowały dosadne, ciężkie brzmienia gitar oraz klawiszowe wstawki, a uwagę zwracała także bardzo sprawna gra perkusisty i odmieniony image wokalisty. Osobiście najbardziej spodobało mi się wykonanie znanego z "Tyranny of Therapy" utworu "Your Salvation", być może dlatego, że to ogólnie mój ulubiony numer tego zespołu, natomiast nowe kawałki już tak przekonująco nie wypadły (czyżby lekkie przekombinowanie i 'przetechnicznienie'?), ale często tak bywa w przypadku zaznajamiania publiczności ze świeżym materiałem, że nie wydaje się on tak dobry, jak poprzednie dokonania.
Koncert Division By Zero potrwał może z 40-45 minut, po czym nastąpiła wcale nie taka długa, o dziwo, przerwa techniczna, pozwalająca publice dotlenić się w holu i przy barze (jak zazwyczaj w sali ze sceną można było wieszać w powietrzu przysłowiową siekierę).
Jak było do przewidzenia z relacji z wcześniejszych
koncertów na trasie
Anno Domini High Definition Tour 2009 -
Riverside rozpoczęło od wykonania "02 Panic Room", a następnie przeszło do najdłuższej swojej kompozycji (która jak dla mnie zawsze stanowi główny punkt programu), czyli grubo ponad 15-minutowego "Second Life Syndrome", urozmaiconego w końcówce motywem ze "Schizophrenic Prayer". Ten niesamowity utwór jak zwykle wywoływał ciary na plecach, zwłaszcza podczas płynących solówek gitary, jednak odnoszę wrażenie, że z
koncertu na
koncert jest on grany jakoś szybciej i nie ma już w sobie tyle niewytłumaczalnej tajemniczości, jaka emanowała z niego na początku... Cóż, zespół wyraźnie dąży w kierunku bardziej technicznego
progmetalu i dlatego większość art-rockowych smaczków schodzi na dalszy plan.
Póki co, po gigancie "SLS" muzycy zaprezentowali jeszcze dwie starsze kompozycje - "The Same River" oraz akustyczne "In Two Minds". Później nastąpiło to, o czym informacje krążyły już od jakiegoś czasu przed rozpoczęciem trasy - mianowicie zespół w całości wykonał materiał z ostatniego albumu: "Hyperactive", "Driven to Destruction", "Egoist Hedonist", najlepiej chyba przyjęte z nowości - "Left Out" oraz kończące podstawową część występu "Hybrid Times". Publiczność, mimo panującej na sali wysokiej temperatury, a przede wszystkim braku tlenu i ścisku, każdy utwór doceniła gromkimi oklaskami, choć pod koniec występu zaczęło powoli udzielać się zniecierpliwienie w oczekiwaniu na wykonanie jakiegoś dobrze znanego a więc starszego numeru.
Faktem oczywistym stało się wykonanie kilku bisów - bez tego publika z pewnością nie pozwoliłaby
Riverside opuścić klubu. Myślałam, że zespół nie jest już w stanie niczym mnie zaskoczyć (w końcu to nie pierwszy, nie drugi, ani nawet nie trzeci
koncert tej formacji, który dane było mi oglądać), a tutaj niespodzianka - "Stuck Between" na żywo! I nie tylko na żywo, ale i w nieco odmiennym wykonaniu, które wypadło równie interesująco jak na płycie. To nie koniec bisów, gdyż zaraz potem zespół uraczył nas łączoną wersją dwóch "Reality Dream'ów" (cz. II i III), a po tym instrumentalnym przerywniku, na życzenie nieustępującej w brawach publiczności, wykonano "Rapid Eye Movement". Po ostatecznym zakończeniu występu muzycy i tak jeszcze pojawili się raz na scenie dając głęboki ukłon w podziękowaniu dla wytrwałości ściśniętych jak sardynki pod sceną najbardziej wytrwałych fanów.
Godzina stała się późna, co oznaczało tylko jedno -
koncert był konkretny (12, a w praktyce 13 zagranych wielominutowych utworów), a Mariusz Duda, Michał Łapaj, Piotr Grudziński i Piotr Kozieradzki dali z siebie wszystko, prezentując show na typowym dla nich wysokim poziomie. Frekwencja mimo nie aż tak tanich znów biletów (w dniu
koncertu 50 zł) dopisała - duszna, nieklimatyzowana sala
Eskulapa wypełniona była po brzegi, wejściówki w przedsprzedaży również rozchodziły się jak świeże bułeczki.
Członkowie zespołu w końcu chyba dotarli już do takiego momentu w swojej karierze, że nawet gdyby nie było żadnej promocji byliby w stanie przyciągnąć na swoje
koncerty tłumy fanów progresywnego grania - wystarczy jedno magiczne słowo:
Riverside.