Castle Party 2020
Wracać wciąż do domu Le Guin
Recenzje :

Elend - The Umbersun

Elend, The Umbersun

Nie da się tak po prostu opisać słowami czym jest Elend i ich czwarta płyta „The Umbersun”. Czy jest to muzyka? Nie wiem. Na pewno jest splotem nieprawdopodobnych dźwięków poukładanych w niezwykłe i niespotykane sentencje, wydające się bardziej podkładem do jakiegoś filmu niż samoistną sztuką. A jednak jest to sztuka. I to sztuka sięgająca absolutnych wyżyn, a zarazem spadająca w najgłębsze zakamarki duszy. Sztuka niesamowita i zadziwiająca. Zdumiewająca paletą barw i odcieni oraz nieokiełznanym chaosem.

Aż trudno się oswoić z myślą jak wielką pompę są w stanie wytworzyć instrumenty smyczkowe. „Du Tréfonds Des Ténèbres” jest jak wejście do czyśca, gdzie z jednej strony otwierają się niebiosa, a z drugiej przebijają się rozpaczliwe wrzaski cierpiących. Ma miejsce jakaś potworna walka, szamotanina zła z burzliwym i pochmurnym krajobrazem. Jesteśmy jak uwięzieni w gęstoszarej chmurze, z której desperacko próbujemy się wydostać, dramatycznie szarpiąc się i wydzierając wniebogłosy. A nad tym unoszą się anielskie egzorcyzmy, organy grozy, złowieszcze bębny i talerze. Wszystko wydaje się nieskoordynowane, jakby napotykane przypadkiem, bez żadnego ładu i składu, bez żadnej myśli przewodniej ani harmonii.

Aż nagle wszystko potrafi się uspokoić. Odpłynąć w absolutną pustkę. „Melpomene” to już zdecydowanie inny utwór. Jesteśmy w objęciach królowej elfów i odpływamy ku światłości wiekuistej. Krystalicznej, niczym niezmąconej oazy spokoju w tym bezlitosnym wszechświecie. Kołyszą nas szepty, które prowadzą w jakąś otchłań, która pojawia się znienacka i otacza nas podstępnie, nie dając możliwości wyboru, ani żadnej drogi ucieczki. Szepty i subtelne deklamacje wprawiają w stan hipnozy, ale tu wszystko jest ulotne, eteryczne. To co potrafi bez reszty zawładnąć człowiekiem w jednej chwili może się rozwiać, rozpłynąć we mgle i nigdy już nie wrócić.

Ale ten świat nie zna pustki. To co zniknęło natychmiast zostaje zastąpione czymś nowym, nie mniej absorbującym i niesłychanym. Elend jest mistrzem w dawkowaniu napięcia, budowaniu grozy, zadziwianiu zmiennością i nieprzewidywalnością. Po przesłuchaniu dwóch pierwszych numerów właściwie mamy już pogląd tego co będzie się działo do końca płyty. Samo to niebiańsko-piekielne otoczenie się już nie zmieni, za to ilość wątków i mnogość zdarzeń będzie wybrzmiewać jeszcze bardzo długo.

Trzeba też koniecznie zaznaczyć, że Elend w dużej mierze jest projektem wokalnym. Głos męski rozpościera się od opętanych wrzasków, przez spokojny i styczny śpiew w „Moon Of Amber”, dostojne deklamacje, aż po wyjątkowo intymne szepty. Natomiast kobiece są głównie soprany, zarówno solowe, jak i skondensowane w dramatyczne chóry. Te świdrujące sopranowe uniesienia potrafią spadać jak jakieś nieszczęście i powodować skręty kiszek. Razem z narastającym arsenałem smyczkowym dręczą swoim jazgotem stając się nie do wytrzymania, a jednak wciąż trzymając człowieka przykutego do miejsca spoczynku i niezdolnego do wykonania jakiegokolwiek ruchu. Jest to siła, której nie można się oprzeć.

Czy jest to dobra płyta? Nie wiem. Dla jednego będzie przewspaniała, dla innego zostanie straszną pomyłką i wyłączy ją po dwóch minutach. Na pewno jest to sztuka bardzo trudna, wymagająca skupienia i świadomości od słuchacza, a także odpowiednich warunków. Słuchanie jej w samochodzie albo uprawiając jogging byłoby zupełnym nieporozumieniem. W Elend trzeba wejść, trzeba mu się oddać i dać pochłonąć, a dopiero wtedy otworzy przed Wami bramy do swojego bogactwa. Dopiero wtedy poczujecie jego magię.

Tracklista:

1. Du Tréfonds Des Ténèbres
2. Melpomene
3. Moon Of Amber
4. Apocalypse
5. Umbra
6. The Umbersun
7. In The Embrasure Of Heaven
8. The Wake Of The Angel
9. Au Tréfonds Des Ténèbres

Wydawca: Music For Nations (1998)

Ocena szkolna: 5

Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły