Lem
Zabawa w chowanego
Relacje :

Julia Marcell - Bezsenność, Wrocław (30.10.2011)

Kobiety w muzyce zawsze zwracają moją uwagę. Nie tylko ze względu na inną budowę ciała. Nie należę do tych, którym wiolonczelistki kojarzą się tylko z seksem. Tak naprawdę również twórczo kobiety w wielu przypadkach, np. Kittie lub Angela Gossow, od swoich kolegów po fachu się nie różnią. Jeśli jednak uwzględnić, jak rzadko się pojawiają w projektach innych niż orkiestra lub kręcenie tyłkiem do radiowego chłamu, zauważy się, że stosunkowo często pokazują charakter. Właśnie tego oczekiwałem po koncercie Julii Marcell.

Do pełnego knajp Pasażu Niepolda szedłem z niechęcią. Na szczęście szybko sobie przypomniałem, za którymi drzwiami kryje się Bezsenność, i wkroczyłem na piętro, skąd dobiegała już grana na żywo muzyka. Po wejściu na salę zadałem sobie pytanie, co to za feministyczny kicz dobiega moich uszu. Scenę zajmował support, o którego występie wcześniej nie wiedziałem. Ola, Magda i Zosz, czyli Drekoty, grały właśnie swój nowy utwór, zatytułowany chyba "Drakoty", po którym sięgnęły jeszcze po częściowo znane już publiczności kawałki, w tym m.in.: "Parestezję", "Skrzypię", "Masłem", "Nie ma go", "Za", "Powrót" i "Oścież". Występem swoim świadomie przekroczyły dany im czas - skończyły dopiero po otrzymaniu stosownych znaków od koleżanki spod sceny. Szkoda, że nie grały jeszcze dłużej, bowiem po tych 35 minutach miałem ochotę na więcej. Nie kupiłem niestety ich EP, dostępnego na barze po, jeśli dobrze pamiętam, 10 zł. Mój błąd. Parę instrumentów spoza rockowej codzienności, niestandardowo wykorzystywane skrzypce (m.in. sporo szarpania i uderzania w struny), dobre linie wokalne, użycie megafonu, wokalizy, gwizdanie... Najaktywniejsza była liderka zespołu, Ola Rzepka, nie tylko śpiewająca - czym zresztą zajmowały się też obie jej koleżanki - lecz również obsługująca klawisze i perkusję, przez co często zamieniająca się miejscami z Magdą Tułaj. Ta druga akurat za bębnami tylko siedziała, a nie grała, ale gdzieś przecież się usadowić musiała. Jedynie Zosz Chabiera miała stołek tylko dla siebie i zdawała się czuć na nim całkiem swobodnie, z prawą stopą podciąganą do lewego uda. Uroczo pod względem wizualnym, ale muzycznym jak najbardziej też. Kolega sformułował przeciwko dziewczynom zarzut, że korzystają z klawiszy sprzed wielu lat, co ma niby ograniczać ich możliwości w kwestii rozwoju i czynić mniej atrakcyjnymi z punktu widzenia znawców tematu oraz tych, którzy zawartością swych kieszeni zapewniają sukces. Ja zwróciłem uwagę na co innego. Może i stara jest ich Yamaha, może i ocierają się w swej niejednorodnej twórczości o kicz, ale robią to z godną pozazdroszczenia wyobraźnią. Czuć od nich ambicję, słychać też - chociaż to akurat zgaduję, więc tym większy szacunek, jeśli się mylę - wykształcenie. Dziewczyny w świetny sposób łączą awangardę z dobrą piosenką. Jeśli ktoś chce posłuchać muzyki żywej, przyjemnej, ale i niegłupiej, koncert Drekotów polecam z całego swego niechętnego parytetom serca.


Polka kryjąca się za pseudonimem Julia Marcell wystąpiła z rodaczką wyposażoną w altówkę, sporadycznie zamienianą na jakiś idiofon uderzany, i zagraniczną sekcją rytmiczną. Przez półtorej godziny kapela zagrała m.in. cały materiał z promowanego właśnie albumu "June". Wystarczyło kilka pierwszych piosenek, w tym "Outer Space", "June", "Sixteen, Ten Years Later" i "Side Effects Of Growing Up", żeby publiczność pod sceną zaczęła tańczyć. Podczas "Shhh" miała okazję, nie ostatnią zresztą, znaleźć się bliżej wokalistki, ta bowiem odeszła od klawiszy i śpiewała z jednej z kolumn głośnikowych. Kontakt z widzami był praktycznie nieustanny i z utworu na utwór objawiał się w kolejnych formach. Po "Since", "I Wanna Get On Fire" i "Shores" przyszła kolej na "Billy Elliot", w którym publiczność dawała radę klaskać w niebanalnym rytmie. To chyba do tego kawałka, jeśli się nie mylę, wpleciony został refren "Hot In Herre" Nelly'ego. Historia się dziwnie powtarza. Nelly miał w swoim teledysku wstawkę ze słowami "The Roof Is On Fire" grupy Rock Master Scott & The Dynamic Three. Teraz Marcell na koncercie wykorzystuje słowa wykorzystującego. Czy za jakieś dziesięć lat ktoś w takim sam sposób sięgnie po piosenkę Polki? Wątpię, za mało chwytliwa.


Przy okazji "Dancer" Julia zażartowała z Michała Szpaka. W tym jednym przypadku wykażę się kompletną nieznajomością tematu, bowiem nigdy wcześniej o człowieku nie słyszałem i dopiero teraz sprawdzam w internecie, co to za tancerz. Bardziej mnie więc rozbawiło, gdy podczas tego kawałka perkusiście uciekła miękka końcówka pałeczki. W panikę jednak nie wpadł. Muzyk ten jest dobrym przykładem na to, że Marcell, chociaż młoda i dopiero parę lat po fonograficznym debiucie, nie otacza się byle kim. Jakob Kiersch, od niedawna udzielający się również w Alphaville, korzystający z perkusji zarówno tradycyjnej, jak i elektronicznej, zachowuje się jak zawodowiec, a przy tym pozostaje wyluzowany. Potrafi też nawiązać kontakt z publicznością - wrocławską nazwał głośno, ze sceny, najlepszą, jaką dotychczas mieli. Co do stylu natomiast, jak powiedział w krótkiej rozmowie po koncercie: gra prosto, by być efektywnym. Danych personalnych basisty w kapelusiku niestety już nie zapamiętałem, jednak od reszty zespołu nie odstawał.


Najbardziej w secie do gustu przypadło mi "Echo". Refren zaśpiewany przez Marcell w duecie z altowiolistką Mandy Ping-Pong zapada w pamięć, a przy tym porusza nastrojem wziętym jakby ze skrzyżowania folku z poezją śpiewaną. Widzowie mogli mieć jednak inne zdanie. Oni czekali chyba głównie na zagraną pod koniec - po "Gamelan" i "Crows" - "Matrioszkę". Nie zadowolili się oczywiście tylko tym. Bis był konieczny, a oprócz muzyki ("CTRL", "Night Of The Living Dead" i "Aye Aye") otrzymali nań możliwość wejścia na scenę, a potem przemaszerowania przez salę w prowadzonym przez wokalistkę wężu. Korowód był kulminacją tego typu urozmaiceń. Wcześniej Marcell przeszła się raz sama wśród fanów, nieraz też podtykała im mikrofon, by śpiewali za nią refreny. Z czasem podniosła poprzeczkę wyżej i podczas zabawy w powtarzanie za nią wokaliz nawet koleżankę z zespołu zaskoczyła jodłowanką. Jeśli za coś mi się jej występ podobał, to głównie za te interakcje. Samej muzyki ani trochę nie krytykuję, chociaż zastanowiło mnie, co autorka miała na myśli, gdy tworzyła określenie "classical punk". Znajdują się w nim aż dwa wyrazy, których związku z zaprezentowanym na koncercie materiałem nie zauważyłem, wyjaśnienie było mi więc potrzebne. Klasyczny (w sensie: klasycyzujący) punk? Prędzej lekko elektroniczny pop z dodatkami. Może miało to być nawiązanie do Emilie Autumn i jej "violindustrialu"? Zresztą piosenkarki podobne są do siebie również w stroju. Chodzi mi tu o tę białą spódniczkę, którą Marcell miała na sobie podczas koncertu - jakby oddarty kawałek sukienki ślubnej. Jedyne, co zabrzmiało tego wieczoru punkowo, to okrzyk "Fuck the world!" jednego z widzów. Wokalistka w odpowiedzi dowcipnie nazwała go bardzo ambitnym, bowiem oznacza to dużo pieprzenia. Tak, dobrze, umiem czytać i wiem już, że Marcell chodziło o klasyczne intencje i punkowe wykonanie. Dla mnie brzmi to jednak naciąganie, a przede wszystkim jest zmylające - dlatego unikałbym tego określenia.


Podsumowanie występu Julii Marcell skomplikował mi znajomy, który oznajmił, że przywraca mu ona wiarę w polską muzykę. Gdyby jeszcze piosenki tej siedzącej w Niemczech artystki nie brzmiały mi tak brytyjsko... Bardziej polski wydaje mi się Czesław Mozil, który większość życia, również artystycznego, spędził w Danii. Swoją drogą, nawet określenie "classical punk" pasuje mi w większym stopniu do niego, niż do Marcell. Jeśli jednak pominąć dywagacje, kto powinien być dumą narodu, pozostaje niezła muzyka i znakomity kontakt z publicznością. Tylko że ja i tak stawiam na bardziej "zamknięte" Drekoty. Dalej od mainstreamu i ciekawiej. Nie, żebym gonił kobiety do kąta, ale w tej niszy mi się podobają.

Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły