W przeddzień pradawnego święta duchów samain, dziś
znanego jako haloween, Anna znalazła na strychu swojego domu starą,
zakurzoną książkę. Było to wydanie „Cierpień Młodego Wertera” Goethego
z 1799 roku. Pomimo swojego wieku książka była tylko nieznacznie
ruszona zębem czasu. Anna zaciekawiona zdmuchnęła kurz z księgi i
zaczęła ją przeglądać. Mniej więcej w środku tomu odnalazła list. Był
to list miłosny pisany ciężkim, trochę niezdarnym charakterem pisma.
Dziewczyna wzięła ze sobą księgę i resztę dnia spędziła na przeglądaniu
tego tomu i tym, co zwykle robiła, czyli grze na gitarze, słuchaniu
muzyki i pracy nad swoimi fotografiami.
W nocy obudziła się mając wrażenie, że w jej pokoju ktoś jest. Kiedy nie znalazła nikogo uznała, że pewnie był to sen.
Następnym
dniem była sobota. Anna obudziła się o 9 rano i po zjedzeniu śniadania
z rodziną wzięła swój aparat i poszła przed siebie.
W pobliskim
parku usiadła, żeby pobyć sama ze sobą pomimo otaczających ją tłumów.
Był dzień haloween, więc park przemierzały rzesze wampirów, duchów i
innych upiorów. Wszędzie do obrzydzenia widniały specyficznie wycięte
dynie.
Kiedy tak siedziała, czuła, że coś jest nie tak. Czuła, że
ktoś ją obserwuje. Wstała więc i poszła dalej, żeby uciec od tego
poczucia obserwacji. Wróciła do domu. Okazało się, że rodzinka
pojechała za miasto nad jezioro na cały dzień. Dochodziła godzina
13:00, więc poszła do swojego pokoju, zamknęła się tam i położyła, żeby
wszystko przemyśleć. Cały czas dręczyło ją uczucie, że jest
obserwowana. Nie dawało jej to spokoju.
O godzinie 14:00 zeszła do
kuchni i zjadła coś i wróciła do pokoju, aby się przebrać i przygotować
do haloweenowej imprezy. Po tych zabiegach wyszła w kierunku klubu,
gdzie miała się ta impreza odbywać. Po wejściu do klubu, w którym
królowała muzyka rockowo-metalowa przeplatana z najróżniejszymi
odmianami gotyku poszła do baru po piwo i usiadła przy pierwszym wolnym
stoliku. Sama nie wiedziała po co tam była. Może aby rozmyślać o swojej
samotności i smucić się, a może z obowiązku wobec znajomych. Powoli
sącząc piwo patrzyła, co się dzieje wewnątrz przyozdobionej w mroczne
dekoracje sali. Z wydajnych głośników wydobywały się ciężkie brzmienia,
co pewien czas wzbogacone o trzask rozbijanych szklanek od piwa.
Znudzona otoczeniem Anna zaczęła śledzić śpieszące się do góry bąbelki
w złotym napoju. Nagle jej uwagę zwrócił siedzący niedaleko, ukryty w
cieniu kąta siedział ubrany w staroświecki frak mężczyzna, wyraźnie
zagubiony.
Podeszła do niego i zapytała, czy może się przysiąść.
Kiwną głową na znak zgody, więc usiadła przy stoliku naprzeciw niego.
Przedstawili się sobie. Chłopak, nie wyglądający na starszego od Anny,
szczupły o ciemnych, wręcz czarnych włosach i piwnych oczach spodobał
się jej od pierwszego wejrzenia. Na imię miał Marius. Zaczęli rozmowę o
tym, jak się czują samotni w tym natłoku, Marius zaproponował wyjście
na spacer. Poszli nad rzekę, w której poświata księżyca odbijała się
tysiącami iskierek. Coś Annę w nim zaintrygowało, ale nie potrafiła
powiedzieć co. Podczas spaceru rozmawiali o księżycu, o samotności i o
poezji Williama Blake’a. Koło 2 w nocy umówili się na następny dzień
koło mostu, w okolicy którego spacerowali i rozstali się, a Anna
wróciła do domu. Położyła się spać, ale nie usnęła od razu. Przemyślała
to spotkanie i zastanawiała się, co ją zaintrygowało w Mariusie. Może
to ta blada skóra, albo dziwny akcent i dziwny sposób mówienia
chłopaka. Nie wiedziała. Następnego dnia nie mogła się doczekać
wieczornego spotkania z Mariusem. Czuła, że oczarował jej serce
delikatny i inteligentny chłopak. Był tak inny od tego
przytłaczającego, nastawionego tylko pieniądze i łatwą rozrywkę
otępiałego społeczeństwa, do którego czuła tak wielką niechęć.
Gdy
doszła upragniona godzina 15:30 wyszła na miejsce spotkania. Zdziwiło
ją, że mimo iż dotarła dużo przed czasem zastała go w tym samym
staroświeckim ubiorze, co dzień wcześniej. Postanowiła dowiedzieć się o
nim czegoś więcej. Długo się opierał odpowiedziom, ale w końcu, gdy
Anna zagroziła zerwaniem kontaktu opowiedział swoją historię. Urodził
się w tym samym mieście, gdzie właśnie przebywali, w 1802 roku. W wieku
19 lat wstąpił do policji, gdzie zakochał się w córce szefa tej
instytucji. Pisali do siebie, ale nikt o tym nie wiedział. W wieku 21
lat w styczniu 1823 roku, ledwo po awansowaniu na konstabla został
zastrzelony podczas obławy na groźnego przestępcę. Na dowód tego
pokazał ranę, którą skrywał chusteczką wetkniętą w kieszeń surduta.
Anna zbladła z przerażenia, już wiedziała, co ją zaniepokoiło. Nie
czuła bicia jego serca. Minęła dłuższa chwila, kiedy nie była w stanie
wydobyć z siebie głosu. Po tej chwili zapytała się, dlaczego padło na
nią. Odpowiedział, że egzemplarz „Cierpień młodego Wertera”, który
znalazła, a także list leżący w tej książce należały do niego, a w
samain, gdy granice między światem żywych, a umarłych są bardzo wątłe
postanowił zorientować się, kto zdobył jego ostatni, nieprzekazany
jeszcze list. Przyznał, że Anna jest łudząco podobna do jego dawnej
ukochanej.
Dziewczyna wciąż nie wiedziała co robić. Była przerażona, a
zarazem zafascynowana Mariusem. W tym całym obłąkanym świecie tylko on
wydawał się ją rozumieć. Po ochłonięciu trochę dziewczyna uświadomiła
sobie, że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby się spotykali, gdy tylko
bramy zaświatów się uchylą. Zdarzało się to co dzień między północą, a
3 w nocy, tak więc spotykali się dość regularnie. Nikt poza Mariusem i
nią o tym nie wiedział. Tak było dla nich, a na pewno dla niej lepiej.
Po kilkunastu spotkaniach Anna zaczęła uznawać, że znalazła swoją drugą
połówkę, tyle, że ta druga połówka nie żyła od ponad 180 lat. Za każdym
spotkaniem utwierdzała się w tym przekonaniu. Zakochała się całkowicie
w nawiedzającym ją co jakiś czas duchu.
Pewnej nocy Anna zapytała się,
co musi zrobić, żeby z nim zostać. Marius zdziwiony pytaniem, nie znał
odpowiedzi i obiecał następnej nocy przyjść z Ichband’em – największym
mędrcem z „tamtej strony”. Jak obiecał, tak też uczynił. Ichband był
starcem o siwych, rzadkich włosach, z wyraźną łysiną i z długą
śnieżnobiałą wręcz brodą. Znał odpowiedzi na każde pytanie. Kiedy
dziewczyna zapytała się go o przyszłość tego specyficznego „związku”,
chwilę się namyślał, po czym odpowiedział, że martwi nie mogą się
mieszać w sprawy żywych i to nie ma szans przetrwać. Zmartwiła się
bardzo. Przez następny dzień zastanawiała się, jak dołączyć do Mariusa.
Wreszcie Anna wpadła na skuteczny, ale dość drastyczny pomysł.
Postanowiła się zabić. Nikomu nic nie mówiąc poszła do kuchni i podczas
chwili nieuwagi matki wyjęła z szuflady paczkę żyletek. Wróciła do
pokoju i po chwili namysłu podcięła sobie rękę wzdłuż żyły. Z rozcięcia
na je bladej skórze zaczęła ciec ciemnoczerwona stróżka krwi. Ból był
znośny, a po krótkiej chwili zaczęło się Annie robić ciemno przed
oczami. Po paru chwilach, które wydawały się być wiecznością ocknęła
się. Nie czuła bólu już. Gdy wzrok się wyostrzył zobaczyła, że znajduje
się w jakimś nieznanym pokoju, a nad sobą ujrzała twarz Mariusa. Jak
chłopak zauważył, że dziewczyna dochodzi do przytomności zaczął jej
wypominać, co narobiła, że miała jeszcze długie życie przed sobą, że je
zmarnowała, na co Anna niezdarnie się broniła. Wyjaśnił jej, że nie ma
podziału na niebo i piekło, że są po prostu zaświaty i teraz tam jest,
zamiast w świecie żywych i nie wróci już tam jako śmiertelnik, tylko co
najwyżej duch, ale lepiej, żeby nie wracała pod postacią zjawy. W końcu
z powodu tego nacisku Anna zapłakała i wyjaśniła Mariusowi, że zrobiła
to dla niego. Chłopak już nie wiedział co powiedzieć. Milczał.
Wyjaśniła mu, że zakochała się w nim, że nic jej już nie trzymało w
świecie żywych. Chłopak czuł coraz większe zakłopotanie. W końcu
zrozumiał. Stało się i nic nie mógł już zrobić. Narzekanie nie miało
żadnego sensu. Zrozumiał, że Anna poświęciła życie, aby z nim być i że
nie może odmówić, bo po pierwsze oddała dla niego tak cenną rzecz, a po
drugie jego serce, choć nie biło już podpowiadało mu, że też ją kocha.
Podszedł do Anny i ją przytulił. Stali się parą, niedługo potem pobrali
czyniąc wielkie przyjęcie. I (nie)żyli długo i szczęśliwie...