Pierwszego dnia festiwalu już od kilku godzin coś
przeszkadzało technikom i organizatorom… Problemy z prądem,
przedłużające się soundchecki i w rezultacie czterogodzinna obsuwa
rozdrażniły nieco uczestników.
Koncert planowany na godzinę 18 odbył się tuż przed godziną 22. Był to
występ Negradonny - dwóch artystek z Krakowa. Proporce, znicze, białe
lilie i czarne skrzydła - nie wiem czy w sumie coś więcej, może tylko
to, że jeśli ktoś lubi ckliwą muzykę mówiącą o ciągłym smutku,
nieszczęściach i nocy to miał prawdziwą ucztę. Ogólnie rzecz biorąc mi
osobiście koncert podobał się średnio, może to z powodu ciągłego
powtarzania tematu nieszczęśliwej miłości i mroku…
Po Negradonnie na scenie pojawił się łotewski band
Vic Anselmo. I
to już ruszyło publiczność pod scenę i do tańca. Wokalistka w stroju
gothic-lolita oraz zespół przebrany w stroje wiktoriańskie zrobili
prawdziwy show. Połączenie muzyki rockowej z elektroniką, energiczne
zachowanie wokalistki aż zachęcało do ruszenia się z krzesełek i ławek,
by znaleźć się choć odrobinę bliżej. Zdecydowanie twierdzę, że był to
najlepszy koncert pierwszego dnia festiwalu - chodzi mi zarówno o
muzykę jak i zaangażowanie członków zespołu w to co robią.
Zainteresowani byli ludzie zarówno znający tę muzykę, jak i osoby
słyszący po raz pierwszy
Vic Anselmo.
Kolejnym zespołem występującym na scenie zamkowego dziedzińca
była polska formacja
1984. Po zeszłorocznej edycji Castle Party, gdzie
zespół mnie szczerze mówiąc nie zaciekawił, miałam nadzieję na
przekonanie się do ich muzyki. Mniejszy festiwal - większe szanse na
jakiegoś rodzaju zjednoczenie się z muzyką. Jednak jeżeli chodzi o mnie - nie udało się. Osobiście nie przepadam za muzyką z tekstami typu "plastikowy świat, plastikowa muzyka"… Dużo elektroniki
połączonej z gitarowymi brzmieniami i głębszym przekazem jakoś do mnie
nie trafia najwidoczniej… Pomimo to duża grupa fanów zgromadziła się
pod sceną i bawiła się naprawdę dobrze. Szczególnie wykonawczynie z
Negradonny, które postanowiły popląsać z ludźmi.
Ostatnim wykonawcą pierwszego dnia festiwalu był zespół
Lahannaya, zespół z Wielkiej Brytanii, którego osobistością jest
wokalistka rozpoznawalna z daleka dzięki swoim niebieskim włosom. Tłum
osób jednak nieco się przerzedził, a ja przyznaję się bez bicia, że na
całym występie nie zostałam. Sprawiło to zimno lipcowej nocy, lekkie
zdenerwowanie wynikające z obsuwy oraz po prostu brak większego
zainteresowania zespołem. Pomimo dobrego wyglądu scenicznego, muzyki
rockowej połączonej z elektroniką, niestety, wokalistka według mnie nie
dawała do końca rady własnym utworom. Mimo wszystko i tak dobrze się
spisali, czekając tak długo na swój występ.
Po koncertach przewidziany został wieczór groteski i horroru - niestety, nie opiszę go. Groteską było dla mnie tak duże opóźnienie i
rozstawianie końcowych elementów sceny o godzinie 19, więc wolałam nie
wiedzieć jak wygląda horror… Poza tym, kolejny dzień wymagał dużego
skupienia, trzeba było więc zebrać siły i zregenerować organizm przed
kolejnym dniem.
Dzień 2 festiwalu zapowiadał się o wiele lepiej, zapowiedziane
gwiazdy krążyły już dnia poprzedniego więc nie pozostało nam nic innego
jak tylko czekać… Tradycyjna obsuwa w ilości godzin jednej napawała
uczestników
mRockfestu optymizmem. I naprawdę było na co czekać, gdyż
pierwszym zespołem występującym tego dnia była austriacka formacja
Whispers In The Shadow.
Trudno mi napisać cokolwiek, ponieważ
byłam tak zauroczona koncertem, że ciężko mi to wyrazić
słowami. Na dziedzińcu zamku w Ostródzie rozbrzmiał prawdziwy rock
gotycki, Ash ze swoim wokalem sprawił, że znalazłam się w zupełnie
innym świecie, cały zespół przeniósł nas w zupełnie inny wymiar zarówno
jeśli chodzi o muzykę jak i o teksty. Pod sceną zrobiło się tłocznie
nawet jeśli nie było zbyt dużo osób uczestniczących w wydarzeniach na
zamku. Porządne gitarowe brzmienia zrobiły swoje, publiczność nie
pozwoliła zniknąć zespołowi za szybko ze sceny - bisy też okazały się
nie wystarczające. Jednak do występu już przygotowywało się
toDobro,
Ash natomiast musiał zebrać siły do kolejnego koncertu - L'ame
Immortelle gdzie gra na gitarze.
Kilka minut po zejściu Whispersów ze sceny pojawiło się na niej
toDobro, polska formacja pochodząca z Olsztyna grająca psychiatryczny
pop-rock. Przyznam się, że zespół znałam tylko z nazwy, opinie na ich
temat były sprzeczne. Ludzie z Ostródy i okolic wypowiadali się na ich
temat niezwykle pozytywnie, ludzie z Polski mówili głównie jedno słowo - kabaret na scenie. Jednak po krótkiej rozmowie z liderem byłam
strasznie ciekawa tego co tworzą. Nie powiem, było psychiatrycznie, był
pop i był rock. Ogólnie rzecz ujmując koncert nie rzucił mnie na
kolana, ale też nie odstraszył więc sadzę, że tylko kwestią czasu jest
bym wsłuchała się w ich muzykę. W każdym razie publika dopisała - ostródzcy i nie tylko fani wspierała
toDobro za ich muzykę i ogromny
wkład w organizację festiwalu. Jednak widać było lekkie
zniecierpliwienie i oczekiwanie na gwiazdę wieczoru
L'ame Immortelle.
Jednak widok Thomasa przesiadującego do ostatniej chwili przy
barze nieco studził nasze zapały to postanowiliśmy dalej czekać
cierpliwie…
W końcu zaczęło się… Tak długo oczekiwane gwiazdy wyszły na
scenę i… rozpoczął się show w każdym znaczeniu tego słowa. Także tym
negatywnym. Koncert rozpoczął się utworem "The Cleansing" i już byłam
pewna, że tego koncertu nie zapomnę do końca życia. Głos Sonji, jej
niesamowite możliwości wokalne po prostu rzuciły mnie na kolana.
Przyznaję się, na zeszłorocznym koncercie Persephone byłam zauroczona.
Teraz trudno było powiedzieć mi gdzie się znajduję… No cóż, ale
następnym kawałkiem był utwór "Fear" gdzie wokalnie udziela się bardzo
dużo Thomas - alkohol zrobił swoje… Oczywiście jeśli chodzi o jego, nie
moją osobę. Krótko mówiąc wielka gwiazda pokazała swój profesjonalizm i
podejście do fanów, które mnie osobiście odrzuciło. Thomas, który
przybył ledwie kilka godzin przed koncertem zdążył doprowadzić się do
stanu dalekiego od wymaganego do występu scenicznego. Pominąwszy drobne
incydenty z jego udziałem typu duszenie się kablem od mikrofonu czy
zabieranie piwa innym członkom zespołu wstrząsnęło mną, rzucanie przez
Thomasa statywami od mikrofonów oraz gitar w Asha… O ile zespół na
początku świetnie się bawił z fanami, tak na koniec szybko zeszli ze
sceny. Mogę też dodać, że koncert został okrojony z dość wielu
kawałków… Nie jestem zawiedziona koncertem
L'ame Immortelle, lecz
zniesmaczona zachowaniem jednego z członków grupy ukazującego dość
nietypowo swój brak profesjonalizmu.
Po dość gwałtownym momentami koncercie austriackiej grupy na
scenę wkroczył CUREproject, włoska formacja grająca covery zespołu The
Cure. Grupie towarzyszył grając na gitarze Marian Filarski z
toDobro.
Cóż więcej o tym koncercie…? Niewiele, fanką The Cure nie jestem więc i
koncert mnie nie zainteresował na tyle ile się spodziewałam. Dodatkiem
były wspomnienia z koncertu przed…
Krótko podsumowując: festiwal tego typu według mnie na wielkie
szanse rozkręcenie się w przyszłości. Udał się znakomicie z malutkimi potknięciami
(również na scenie, ale tam stały odsłuchy - służyły za świetny punkt
podparcia niektórym osobom), jednak atmosfera tego miejsca zaprasza do
ponownych odwiedzin. Dodatkowym plusem jest świetna knajpka na zamku z
niesamowitą obsługą zabawiającą gości. Tym, którzy nie byli na feście
mogę powiedzieć jedno: niech żałują. Za kilka lat, jeśli frekwencja
nadal będzie zwyżkowa
mRockfest może stać się znakomitą alternatywą dla
Castle Party. Jednak do tego potrzebne jest jeszcze dużo czasu i pracy.
Jednak będę na to czekała.