Na polanie tchnienie to przybierało na mocy rozwiewając długie, ciemne włosy naznaczone już zimnym szronem czasu.
Strażnik spał w swym leśnym domu niczym kamienny posąg z królewskich salonów, tak samo dostojny, tak samo spokojny w swej istocie. Dywan z traw i mchów był dla niego łożem, las był jego pustelnią.
Strażnik nie rozstawał się ze swoją tajemnicą, byli jak dwoje kochanków niezważających na to, że świat się od nich odwrócił. O tej głębokiej samotności przypominał im herb na pochwie miecza - znak ognistego krzyża. Każde z ramion było ścięte tak, że przypominało grot strzały gorejącej. Tło herbu żarzyło się królewską purpurą. Od srebrnych fragmentów pochwy odbijały się kryształy gwiazd, te same, które odbijały się w oczach człowieka przypatrującego się śpiącej postaci. Przez chwilę osobnik ten stał bez ruchu nie wydając nawet cichego szmeru jaki spowodowałby szybszy oddech. Obserwował jednocześnie nasłuchując, oczekując jakiegoś ruchu, gestu wskazującego na przytomność leżącego. Nie doczekał się jednak niczego w przeciągu kilku chwil. Badał pełen skupienia miejsce, w którym się znajdował. Na wprost niego dusiło się jeszcze swym wątłym bladym dymem wydając ostatnie tchnienie wygasłe już prawie i ciemne ognisko. Po jego prawej stronie leżała postać
Strażnika. Polana miała kształt prawie idealnego pierścienia jakby wyrysowała go jakaś wszechmocna ręka. Ów skromny skrawek przestrzeni otoczony był mozaiką drzew liściastych. Skradającego się otaczały jasne pnie gęsto rosnących brzóz, spośród których gdzie niegdzie wyłaniały się smutne wierzby, smukłe topole, majestatyczne, stare dęby oraz lipy. Był to w oczach zakapturzonego człowieka las jakich wiele na obszarze Silaronu, szczególnie w żyznym Lorth. Jednak dla
Strażnika był to dom, a raczej samotnia, gdzie miał spędzić resztę swego życia. Jego skromny szałas z gałęzi i leśnego poszycia chylił się nieopodal i ział ciemnością wnętrza.
Strażnik kochał to miejsce, gdzie nie przeszkadzano mu hałasem rozmów, gdzie mógł oddać się w pełni medytacji. Gdzie mógł w pełni skupienia trenować swe umiejętności. Tego też wymagała ogromnie istotna funkcja, jaką wykonywał ten silny mężczyzna. Spał teraz przy wygasłym ognisku zaś człek, obserwujący go drgnął niepewnie poruszając gałązkami, szeleszcząc liśćmi jak tancerka suknią. Wyjął spod luźnej szaty małą dmuchawkę. Powolnym, bezszelestnym ruchem zbliżył ją do swych ust. Materiał napiął się na piersi owego człowieka gdy ten nabrał powietrza w płuca. Po chwili dał się słyszeć cichy świst i małe ostrze zamoczone w truciźnie wbiło się w szyję
Strażnika. Ten zerwał się ze snu przestraszony, rozejrzał się i począł szukać swego miecza. Skrytobójca zaś znów zamarł, naciągnął ciemny kaptur, po czym bezszelestnie, jakby sunął nad ziemią zbliżył się odrobinę w stronę brzegu polany, gdzie odwrócony plecami doń
Strażnik dobywał właśnie swego oręża. Powoli aczkolwiek zdecydowanie sięgnął ręką pod płótno szaty i zacisnął dłoń na zimnym przedmiocie. Począł z wolna wyciągać go spod materiału. Tym czasem
Strażnik przekroczył zimne kamienie będące pozostałościami po ognisku i stąpał rozglądając się. Nagle usłyszał ciche szczęknięcie jakby metal uderzył o metal. Jego serce zabiło szybciej. Jego wzrok począł badać każdy skrawek przestrzeni wokół polany . Wszystko to trwało zaledwie ułamki sekund, niby nic nie znaczące… A jednak… Zakapturzony człowiek naprężył wszystkie swoje mięśnie w ogromnym wysiłku, wyciągnął wreszcie lodowate ostrze i wykonał skok.
Strażnik odwrócił się. Usiłował zasłonić się mieczem przed sunącym ku niemu ostrzem małego mieczyka. Nie zdążył jednak. Skrytobójca znalazł się już za
Strażnikiem. Tamten wykonał spóźniony zamach mieczem, jednak wyczuwając intencje atakującego i wykorzystując siłę włożona w zamach wykonał skok przez ramię i po chwili gotowy był znów do obrony. Jednak przeciwnik znalazł się już obok. Wyskoczył czym prędzej by zdążyć dźgnąć swą ofiarę, lecz
Strażnik szybkim ruchem miecza wytrącił ostrze z rąk napastnika.