Najważniejszą rzeczą, która wyróżnia akustyczny projekt Renaty, to brak
charakterystycznego dla jej muzyki akordeonu. Przewija się on przez
większość piosenek artystki, ale jak twierdzi ona sama - stara się go nie
nadużywać by się nie znudził.
Koncert miał zacząć się o 21:00 ale na zamek trafiliśmy już koło
godziny 19:00. Udało nam się złapać Renatę Przemyk "na gorącym uczynku"
przy próbie akustycznej. Próba potrwała niecałą godzinę. Trzeba
przyznać, że mieliśmy wielkie szczęście - to tak jakby wysłuchać
koncertu dwa razy. Poza tym pojawiła się niezwykle rzadka okazja
zobaczenia Renaty "w cywilu", w dżinsach i t-shircie.
Na krótko przed koncertem zaczęto wpuszczać ludzi i koło 21:00 zebrał
się spory tłumek. Dostanie się pod scenę wymagało sporego wysiłku.
Koncert rozpoczął się punktualnie. Na pierwszy rzut poszły między
innymi "Pokój Mój" i "Zazdrosna", podczas których Renata oprócz wokalu
grała na sporej ilości instrumentach perkusyjnych i przeszkadzajek. W
dalszej kolejności Renata śpiewała "Zonę", "Samą", "Gites" oraz inne
utwory z ostatniej płyty "Unikat". Jak to zwykle bywa artyści
utożsamiają się bardziej ze swymi najnowszymi dziełami i choć
publiczność domagała się "Baby", musiała uzbroić się w cierpliwość. Jak
stwierdziła sama artystka, nawiązując do "indiańskiego" makijażu "zrobili dziś co mogli, by zagrać i wyglądać inaczej". I choć "bardzo by
chcieli wyglądać inaczej by być inni i zostać poddanym jakiejś
dyskryminacji, na razie się to jeszcze nie udało".
Po "Unikacie" przyszedł czas na mieszankę utworów z płyt mało "saksofonowych". Pojawił się więc między innymi "Nie Spaceruję Nago" z
płyty "Hormon", czy "Drzewo" i "Blizna" z tytułowej płyty. Kolejno
przyszedł czas na hiciory takie jak "Łatwo Uwierzyć", "Zero", "Własny Pokój" oraz "Zazdrosna". Dalszą część koncertu artystka śpiewała
akompaniując sobie na gitarze akustycznej. Zdejmując buty stwierdziła,
iż "bez butów jest już całkiem taka uległa padła czy upadła". Dalej
było już więc coraz bardziej feministycznie, a jedną z ostatnich
piosenek, "Kochana", chcąc nie chcąc artystka musiała wykonać z
publicznością.
Renatę Przemyk można z całą pewnością nazwać pierwszą damą polskiej
sceny alternatywnej. W przeciwieństwie do większości jarocińskich
wynalazków, które albo zniknęły albo zostały zeżarte przez komercję,
artystka znalazła swoją niszę. To, co charakteryzuje jej koncerty, to
przede wszystkim ich kameralny charakter. Przychodzą na nie ludzie,
którzy chcą intymnie obcować z muzyką artystki bez konieczności
przedzierania się przez tłum - nie trzeba oglądać przedstawienia z
odległości pół kilometra. Choć zdarza jej się śpiewać na festiwalach, to
właśnie za te małe koncerty kocha ją widownia.
Jak każdy koncert Renaty Przemyk także ten był doskonałą ucztą
muzyczną. Renata jak zawsze miała dobry kontakt z publicznością,
zaskakiwała, a jednocześnie pozwoliła odnaleźć się najstarszym fanom.
Miejmy nadzieję, że dotrzyma obietnicy i jeszcze w tym roku będziemy
mogli cieszyć się nową płytą.