Muszę przyznać, że liczyłem na wielką widownię - spodziewałem się tłumów i kolejki po piwo. Fakt, że zespół
regularnie koncertuje na Castle Party, ale dla mnie zawsze im bardziej
kameralnie tym większa frajda. W końcu jednak tuż przed
godziną koncertu ludzie zaczęli się zbierać i migrować w stronę sceny
gdzie zebrał się spory tłumek. Zespół jednak się nie zjawił, nie zjawił
się też przez trzy najbliższe godziny. Jak to zwykle u nas bywa, nie
było też żadnej informacji, o której i czy w ogóle kapela zagra. Po
jakiś dwóch godzinach ludzie zaczęli sie powoli zmywać. Część z nich
żądała zwrotu pieniędzy za bilet, zrobił się spory bałagan. Pocztą
pantoflową rozchodziły się różne informacje – w końcu ta właściwa, że
zespół sie pojawił i w końcu zagra. Trochę potrwało jeszcze
rozstawianie sprzętu, ale na szczęście podłączanie jednego laptopa nie
okazało się wielką filozofią.
Do samego koncertu dotrwała jednak tylko grupka najbardziej zdeterminowanych
fanów. Było warto, bo w końcu
Fading Colours gra niesamowitą muzykę.
Publiczność bawiła się doskonale, mieliśmy okazje posłuchać głownie
utworów z ostatniej płyty i kilka starszych. numerów. Pojawiły się
między innymi „Thorn”, „Be an angel again”, „Tetonic Grirl” i „Rose”.
Formacja pojawiła się w składzie dwuosobowym (czyli okrojonym) -
na wokalu
De Coy oraz Daniel Kleczynski.
O zmianach w zespole niewiele wiemy - strona muzyków nie funkcjonuje.
Nie wiadomo więc, czy zmiany są permanentne. Parę dni temu na myspace członków zespołu pojawiły się zapowiedzi kolejnych koncertów w roku 2010, a wiec
Fading Colours ma się chyba dobrze. Wiadomo, że kolejny koncert
Fading Colours w
Poznaniu odbędzie się w klubie Blue Note. Jeśli chodzi o bazylowy set to w sumie muzycy dali całkiem niezły show mimo tego, ze cierpliwość fanów
została poważnie nadwyrężona – nie wiem jak wy, ale ja wybieram się na
kolejny poznański koncert.