Przeglądając zagraniczne portale muzyczne niejednokrotnie zetknąłem się z tym, że …And Oceans nie zbiera rewelacyjnych recenzji. Trochę mnie to zdziwiło, gdyż mój pierwszy kontakt z twórczością tego zespołu odebrałem pozytywnie, a był to utwór "Intelligence Is Sexy".
Zespół o nazwie 1349 uchodzi aktualnie za jednego z lepszych reprezentantów norweskiego black metalu. Kiedy jednak formacja była zakładana w 2000 roku przez czterech bliżej nieznanych muzyków, mało kto przypuszczał, że ta będzie się ona liczyła na metalowej scenie. Wydana rok póżniej debiutancka EPka "1349" na pewno nie zwiastowała takiego rozwoju zespołu.
Sugerując się debiutancką EPką i "Liberation" chyba mało kto przypuszczał, że ekipa 1349 kojarzona głównie z perkusistą Frostem zawojuje coś na blackowej scenie. "Beyond The Apocalypse", wydany rok po "Liberation", rozwiewa jednak wątpliwosci co do potencjału tkwiacego w tej formacji.
Po sukcesie "Beyond The Apocalypse" 1349 poszło za ciosem i juz następnego roku ukazał się kolejny, jak dotąd ostatni album grupy, zatytułowany "Hellfire". Niespodzianki nie ma - formacja kontynuuje krucjatę na ścieżce brutalnego black metalu.
Nie, nie, nie! Dwa lata po wydaniu debiutanckiego EP 1349 powraca z pełnym albumem, który zamiast zrobić zamieszanie, to raczej przyprawia o konsternację. Candlelight Records dostrzegajac potencjał w Norwegach dało im szansę wypłynąć na szerokie wody, zaś muzycy po raz kolejny nie postarali sie, aby należycie dopieścić materiał.
Tia... 1980, 1349, 1906... a nie... to wódka. Nie bardzo do mnie trafia jak formacja przybiera nazwę jakiegoś roku - łatwo pomylić. Co więcej - często takie nazwy nic nie mówią i prawe mówiąc nie bardzo wiedziałem czego się spodziewać po debiutanckim albumie francuskiego kwartetu.
Ten album to zupełnie świeże wydawnictwo, które swą premierę miało w maju tego roku, nakładem nowego prężnego labelu, Love Industry. Rzeszowska zimno-falowa formacja zyskała status kultowej, całkowicie zasłużenie. Ich utwory promował nieżyjący dziennikarz Tomasz "Nosferatu" Beksiński. Nazwa zespołu została zaczerpnięta z tytułu powieści Georga Orwella " Rok 1984". W swoich tekstach wokalista Piotr "Mizerny" Liszcz porusza ważkie tematy.
Wobec nieprzerwanie płynącego potoku różnorakiej muzyki metalowej
serwowanej przez zespoły o coraz wymyślniejszych nazwach, które w
dodatku (najczęściej) mają dość irytującą skłonność do nazywania swoich
wypocin "najlepszymi, najlepiej brzmiącymi i najbardziej
reprezentatywnymi dla danego gatunku", prawdziwy koneser muzyki jest
wystawiony na niesamowitą próbę. Musi on ze zwinnością lekkoatlety
ominąć wszelkie muzyczne buble by dotrzeć do tych grup, które
rzeczywiście coś sobą reprezentują.
Nie spodziewałem się takiego zwrotu w twórczości A Perfect Circle. Maynard James Keenan znany przede wszystkim z Toola, uległ tutaj pewnej metamorfozie. Jakby bardziej złagodniał i otoczył się bardziej wygładzonymi dźwiękami co bynajmniej nie stanowi tutaj żadnego zarzutu. Wręcz przeciwnie - jest interesująco i naprawdę niesamowicie.
Deathcore to ostatnio coraz częściej uprawiany gatunek w USA.
Kolejnym, młodym jego przedstawicielem jest A. 12 Gauge Tragedy.
Panowie z Nowego Jorku mają na swoim koncie jak dotąd jedną EPkę opatrzoną
tytułem "Requiem". Zamieszczony na niej materiał to z całą pewnością
solidna mieszanka porządnego growlingu wzbogacanego czasem o "pig squel"
(rodzaj wokalu przypominający odgłosy torturowanej świni), surowych,
przygniatających ciężarem gitar i entuzjastycznej perkusji, a więc
tego, co w deathcore'u najlepsze!