Pierwsze co gasi zapał słuchacza to namolne powtarzanie tych samych prościutkich schematów. Rdzeń każdego utworu to chwytliwa melodyjka na którą naciągnięto duszny szkielet niezbyt różnorodnych beatów poprzecinanych do granic możliwości przewidywalnymi przejściami. Tak "skonstruowany" EBM/
industrial z wycieczkami w stronę
dark electro nie może wiecznie bawić, zwłaszcza gdy "konstruktorzy" upychają na płycie 14 utworów plus dwa remixy.
Druga rzecz to totalny brak jakiegokolwiek klimatu. "
Pentafunk" równie dobrze może stanowić soundtrack do nowej serii gier na nintendo i chyba bliżej mu do tej formy niż kolejnego albumu dobrze zapowiadającej się grupy. Zaraz po klimacie brakuje przekazu. Większość utworów jest instrumentalna, a te piosenki które miłosiernie opatrzono tekstem albo zabijają totalnym brakiem umiejętności wokalnych, albo naiwnym powtarzaniem w kółko dwóch zdań lub słów – w zależności od potrzeb. O ile przy pilotujących płytę singlach "
Pentafunk" i "Pestilence" nie przeszkadza to nie aż tak bardzo, jako że wolimy oddać się w "łapy" energetycznego beatu zaplecionego na miłej dla ucha melodii, to już przebrnięcie przez taki "Neandertal" może być istną katorgą. Z tego względu "
Pentafunk" uważam za płytę najwyżej dwóch utworów (wyżej wymienionych) po za którymi niemalże pozbawiona jest ciekawych momentów.
Wszystko zaczyna się od krótkiego wstępu, który masakruje swoim swojskim klimatem i stawia słuchacza przed poważnym dylematem – dać sobie spokój czy brnąć dalej. Następnie dwa single ożywiają nadzieję którą tłamsi czwarty w kolejce "Prehistorical". Wycieczkę na żelaznych bitach w epokę kamienia łupanego wieńczy "Traditional" który dzięki swemu iście biesiadnemu polotowi z powodzeniem znalazłby miejsce na weselnych tracklistach. Zaraz po nim znikąd i bez wyraźnej przyczyny pojawia się "Taiko" który swym orientalnym klimatem ni jak nie pasuje do dotychczas skonsumowanej sieczki. Przypuszczając że Niemcy nie chcieli być nudni idziemy dalej aż do "Jericho". I tutaj jest nieco milej. Struktura utworu jakby bardziej rozbudowana, ale wciąż trzymająca się raz obranej metody, czuć tu nawet coś na kształt głębi ale to tylko efekt jaki daje romansowanie rytmu ze stylistyką martial
industrialu. I tak rozpoczyna się etap żonglerki stylami, mamy więc najcięższy i najbardziej harshowy "Vampire Hunt" klasyczne
dark electro w "Eiszeit" i softowy drum'n'base w "Funk'n'Base", by ostatecznie zakończyć całość wspólnym kolędowaniem przy "Jinglefunk". Sam nie wiem – śmiać się czy płakać?
Zupełnie inną bajką są dwa remixy tytułowego
Pentafunk – wykonane kolejno przez Centhron i Bodyharvest. Ten drugi projekt musi pałać niezwykłą sympatią do niemieckiego trio jako że to już 3 w ich historii mix dla tej grupy. W każdym razie z niekłamanym żalem trzeba powiedzieć że nowe aranżacje pierwszego singla z tejże płytki nie tylko brzmią lepiej od wersji autorskiej ale i od całej zawartości płyty. Centhron jak zwykle dodał nieco epickiego wyrazu kawałkowi za sprawą swych trance'owych naleciałości, zaś Bodyharvest dodał nieco więcej klasyczngo
dark electro dzięki czemu "
Pentafunk" zdał się bardziej energiczny. Krótko mówiąc oba teamy zrobiły co mogły i się udało.
Suma-sumarum "
Pentafunk" jako całość zdaje się totalnym nieporozumieniem, płytą nagrywaną w pośpiechu bez wyraźnej koncepcji ręką artysty-amatora, który nauczywszy się raz wpojonej metody potrafi już tylko ją powielać. Bez dwóch zdań mogliśmy wiele oczekiwać od ekipy
Eisenfunk, ale jak się okazuje całkiem niepotrzebnie. Pozostaje mieć nadzieję, że to tylko jednorazowa wpadka.
Tracklista:
01. Introludium
03. Pestilenz
04. Prehistorical
05. Neandertal
06. Tradicional
07. Taiko
08. Jericho
09. Vampire Hunt
10. Eiszeit
11. Funk'n'Base
12 Uncle Sam Need You (to move your feet)
13. Campergluck
14. Jinglefunk
Wydawca: Danse Macabre (2011)