Oj, smutne musi być życie członków zespołu skoro nagrywają takie płyty - nudne, nijakie i do szybkiego zapomnienia. Materiał składa się z 12 bliźniaczo do siebie podobnych utworów. Wszystkie nagrania snują się niemiłosiernie niczym kondukt żałobny, wokalistka także nie ułatwia słuchaczowi zadania żenująco mizdrząc się z głośników (śpiew przypomina manierę wokalną Alison Shaw z brytyjskiego Cranes) a i instrumentalnie zespół nie wybija się ponad przeciętność - wcale nie zaskakują: utrzymana w tempie walca perkusja, dominujący bas i wołające się gdzieś z oddali gitary (a'la The Cure czy U2).
Spośród tuzina utworów w pamięci są w stanie poleżakować na dłużej "Moonbow" (tu wreszcie się coś dzieje, twierdza "zwrotka-refren-koniec" upada), "Transmissions" (z początkiem przypominającym utwory Clan Of Xymox, w dalszej części wyraźne inspiracje Siouxsie And The Banshees, czar pryska z chwilą dojścia do głosu wokalistki) oraz "Blissful Escape" (rockowa melancholia zderzona z elektronicznymi beatami wypada naprawdę przekonująco).
Ogólnie rzecz ujmując, debiut
Bella Lune zaliczam do nieudanych, trzy przyzwoite utwory kontra 9 schematycznie potraktowanych "snujek" to za mało. Mam wrażenie, że muzycy zespołu zapędzili się z balladowym nastrojem, minorową nutą i funeralnym klimatem w kozi róg. Nie tędy droga, nie tędy.
Tracklista:
01. Out Of Control
02. Transmissions
03. Never Where
04. Underwater
05. Full Moon On A Half Night
06. Silent And Still
07. Interlude
08. Blissful Escape
09. Coil
10. Don't Walk Away
11. A Recurring Dream
12. Moonbow
Wydawca: Aetheria Music (2008)