To był błąd. Tak po pierwszym przesłuchaniu miałem powiedzieć, że mi zależy. Po drugim miałem wyznać, że świata nie widzę poza "New History Warfare Vol. 2 Judges", ale wstrzymałem się do trzeciego. I bardzo dobrze zrobiłem, w końcu oświeciło mnie w pełni. Przypomniałem sobie o mojej niedawnej miłości. Przypomniałem sobie o ostatniej płycie niejakiej PJ Harvey. Mam nadzieję, że się o tym nie dowie. A jeśli już to wybaczy mi zdradę. W końcu zauroczyłem się w nie byle jakim albumie. Kto, jak kto – ale Colin Stetson przez ostatnie trzy lata również nie próżnował.
"Let Shake England" i "New History Warfare Vol. 2 Judges" to jakby dwie różne bajki – przynajmniej pod względem muzycznym. W pierwszej główna rola przypadła w udziale świadomej swych walorów księżniczce, której śpiew roznosi się po kraju pogrążonym w chaosie wojny. Ta historia rozgrywa się w zupełnie innej scenerii. W ponurych podziemiach zapominanego zamczyska. To właśnie w tym jakże nieprzyjaznym środowisku, objawia się talent Colina i jego jazgotliwy saksofon, nie tylko przeszywający mury twierdzy, ale sięgający hen daleko poza jego granice. A to wszystko dzięki inwencji twórczej i wrażliwości muzycznej, która pcha Stetson’a w stronę improwizacji. Nie jest łatwy kawałek muzyki do przetrawienia.
Utwory wbrew pozorom nie są długie (najdłuższy zbliża się do granicy sześciu minut). Trwają one przy tym na tyle długo, by olśnić słuchacza oryginalnym podejściem do free jazzowej materii. Najbardziej wciągają momenty, w których to Stetson drażni się ze słuchaczem. Zawiesi dźwięk na dłuższą chwile, czy też w amoku, bezlitośnie urwie taśmę w połowie. A Ty się męcz niewdzięczniku z własnymi myślami.
Atmosfera zagęszcza się z każdą sekundą, wyczekiwania na kolejny ruch oprawcy. Amerykaniec pastwi się nad człowiekiem na różne sposoby – jak nie dźwiękiem to słowem przyłoży. W tym celu do współpracy zaproszona została Laurie Anderson, która swym śpiewem szybko przypomni nam w jakich czasach przyszło nam żyć. Ciekawych to nie podlega, rzecz jasna, żadnej dyskusji, ale przy tym jakże dalekich od pokoju. Wracając jednak do muzyki – obok wariackich, miażdżących i przytłaczających partii, gdzieś w tle roznosi się echo z milionami pogłosów – takie drugie muzyczne dno, które odkrywa się stopniowo.
Niestety, zanim nasze ucho przyzwyczai się do muzycznego mroku, minie trochę czasu. Mam nadziej, że nie odpuścicie zbyt wcześnie, bo w tym morzu dysharmonii zagubić się nie jest wcale trudno. Polecam Wam ten niewdzięczny albumik, w końcu życie składa się nie tylko z przyjemności.
Tracklista:Wydawca: Constellation (2011)