Następnie wystąpiło angielskie Cyanide Serenity, które do tej pory ma na koncie tylko jedną epkę "Consume Me". Melodyjne i przebojowe połączenie death metalu z hardcorem i wpadającymi w ucho refrenami lokuje zespół w mainstreamowym trendzie, z którego przy dobrych wiatrach i przychylności dużej wytwórni, mogą wkrótce wypłynąć na szersze wody. Anglicy mają na razie niewiele materiału, w związku z tym ich występ był krótki.
Chwilę później hałasem uderzyli Włosi z Fleshgod Apocalypse. Ich karkołomne kompozycje, w których łączą skrajnie brutalny death metal z piskliwymi wokalizami i kiczowatymi klawiszami, w wielkim stopniu przypadł publice do gustu. Pędzący z prędkością ponaddźwiękowego myśliwca zespół zaprezentował głównie numery z premierowego krążka "Agony", który latem wypuściło Nuclear Blast oraz po jednym z wcześniejszych wydawnictw "Oracles" oraz "Mafia". Żywiołowy i napakowany energią set był doskonałą wizytówką kapeli, która zabiega o miano najszybszej i najcięższej, jeśli dla kogokolwiek takie zawody mają sens. Przebrani w wytworne fraki, na modłę znanych z manier pierwszej wody Akercocke, ku aplauzie zebranych dali z siebie wszystko i ciężko zmęczeni opuścili deski.
Przyszedł czas na weteranów usianej flakami i trupami sceny, czyli belgijskie Aborted, które od ponad piętnastu lat raczy fanów ociekającymi krwią ochłapami. Choć z oryginalnego składu ostał się jedynie wokalista Sven, zespołowi nie prędko do grobu, a tym bardziej w przeddzień premiery siódmego albumu "Global Flatline", który w styczniu ukaże się nakładem Century Media. Kapela zagrała jeden nowy numer, a poza tym kawałki z wcześniejszych płyt "Goremageddon", "The Archaic Abattoir", kapitalnego "Engineering the Dead" sprzed dekady czy ostatniej epki "Coronary Reconstruction". Intensywny, półgodzinny set Aborted, przyniósł brutalną deathcore'ową pulpę wymieszaną z wypatroszonymi wnętrznościami. Zespół czerpie dużo radości z grania, bawi się w najlepsze, daje publiczności, co trzeba i to jest najważniejsze.
Wreszcie na deski wyszło Decapitated. Choć prawdziwy powrót do koncertowego życia zespół zaliczył w zeszłym roku, tym razem sytuacja była o tyle ciekawsza, że latem ukazał się piąty, a pierwszy bez Vitka, album "Carnival is Forever", następca świetnie przyjętego "Organic Hallucinosis" z 2006 roku. Nadarzyła się więc okazja, aby posłuchać na żywo nowych numerów jak choćby "The Knife", "Pest" czy "United", które sprawdziły się w boju na piątkę. Nowy materiał jest bardziej bezpośredni, prostszy w formie i odrobinę mniej pogmatwany, w czym tkwi jego siła. Dowodzony przez Vogga kwartet nie poskąpił także starszych, przyjmowanych owacją kompozycji, czyli "Day 69", "Mother War" czy "Winds of Creation", w których wypełniający lukę po zmarłym Vitku, nowy austriacki bębniarz Kerim Lechne, dał się poznać z jak najlepszej strony. Choć koncert nie miał atmosfery wielkiego wydarzenia, a wokalista przez cały czas próbował wydobyć z ludzi więcej entuzjazmu i spontaniczności, było to ważne wydarzenie dla metalowej sceny w Poznaniu.