Kwartet nagrał tym razem koncept-album o dosyć fantastycznej, aczkolwiek dosyć gorzkiej tematyce egzystencjalej. Podobnie zresztą jak teksty utworów, tak i muzyka jest iście odhumanizowana ... Zespół bowiem brzmi jak maszyna! Mocne, ciężkie, cięte riffy synchronizujące się z perfekcyjną rytmiką współgrającego basu i perkusji. Na tym albumie nie ma solówek. Są za to skompliwoane riffy, łamańce rytmiczne, a całość zagrana niemalże synchronicznie przez każdego z muzyków. Nad albumem unosi się bardzo zimny, nieludzki klimat, tak jakby muzyka była jedynie matematycznym wytworem i precyzyjnym odegraniem swoich partii. Osobne laury należą się wokaliście, który jest jedynym światełkiem na tym ponurym albumie. Jego głos zblizony jest barwą do ... Ronniego Jamesa Dio. Świetnie sprawdza się w balladowych, bardziej lirycznych fragmentach, a wcale nie gorzej wpasowuje się w ostrzejsze numery.
Możnaby się przyczepić, że zespół gra w sposób odhumanizowany, raczej w jednostajnym, mechanicznym tempie - ale "The Towers Of Avarice" jest albumem konceptualnym, gdzie utwory powinny być utrzymane w podobnej konwencji, aby zachować spójność.
Zero Hour potwierdziło tym albumem, że zasłużenie są zaliczani do czołówki progmetalu. Mają swój styl, grają świeżo, technicznie zapożyczając jedynie drobne niuanse od Teatru Marzeń. Dla mnie bomba!