"
Sumerian Cry" to bowiem kawał kloacznej muzyki a raczej
bezsensownego hałasu.
Tiamat wypłynął na fali modnego wówczas death
metalu i na swoim debiucie zaproponował szatański, podwórkowy death
metal. Niestey ani to ekstremalne, ani ciekawe, ani też dobre.
Brzmienie płyty jest fatalne, mamy to okrutny "korytarz". Od strony
muzycznej też nie ma tutaj ani jednego elementu, który przykuwał by
uwagę. Nawet grany czasami na koncertach "Sign Of Pentagram" bardziej
śmieszy niż budzi grozę.
Tiamat szlifował warsztat chyba w
bardzo ciemnych piwnicach, gdzieś, głęboko pod ziemią. Poziom
debiutanckiego wydawnictwa też wydaje się być ta takim poziomie. Cieszy
jednak fakt, ze Szwedzi szybki przejrzeli na oczy i na kolejnych
wydawnictwach pokazali, że mają pomysł na siebie i potrafili go
wykorzystać. Póki co nie zostaje nic innego jak omijać "
Sumerian Cry"
szerokim łukiem, lub zapuścić płytkę na imprezie, gdy ludzie są już
schlani i wszystko wydaje się być piękne i dobre.
Tracklista:
01. Intro:
Sumerian Cry (Part I)
02. In The Shrines Of The Kingly Dead
03. The Malicious Paradise
04. Necrophagious Shadows
05. Apothesis Of Morbidity
06. Nocturnal Funeral
07. Altar Flame
08. Evilized
09. Where The Serpents Ever Dwell/Outro -
Sumerian Cry (Part II)
10. The Sign Of The Pentagram
Wydawca: CMFT Records (1990)