Na okładce zamiast "bohomaza" tak jak na wcześniejszych płytach, widnieje czaszka, która niedosyć że trzyma w zębach czaszkę jest przystrojona w sztućce, mianowicie widelce i noże, powbijane w nią. Może widok jest dosyć śmieszny lecz wyraźnie ostrzega potencjalnych nabywców prawie widocznym zdaniem "jeśli nie lubisz naprawdę mocnego brzmienia odłóż mnie".
Już pierwszy kawałek - "Cannibal" wskazuje, że jest to najbardziej metalowe wydawnictwo w ich karierze. Na płycie zamieszczono 12 utworów, lecz w większości są one krótkie, w efekcie czego płytka gra ok. 40 minut. Miłośnicy ballad w stylu "So" lub "Skinnyman" mogą być zawiedzeni, gdyż cała płyta oparta jest na mocnych riffach, szybkiej i wybijającej się perkusji i potężym głosie wokalisty. Nowym elementem są solówki gitarzysty w których popisuje się on całą gamą zagrywek i technik, przez co są one bardzo techniczne, a takich na tym albumie się nie spodziewałem. Wayn śpiewa często krótkimi wersami, wyrzucając z siebie krótkie wersy co wzmaga rytmikę utworu. Również tak jak na poprzednich albumach są, oczywiście że są elementy elektroniki, dzięki której według mnie owe najnowsze dokonanie Wayna i jego kompanów przypomina poprzednie albumy, lecz są one przerywane albo szybką perkusją albo nagłym dźwiękiem gitar.
Pierwsze przesłuchanie płyty przyniosło mi mieszane uczucia co do krążka, gdyż calość jest dosyć monotonna, na co wpływa podobna tonacja utworów i oparte są na podobnych pomysłach. W efekcie tego płyta po kilku utworach zaczyna męczyć, choć piosenki same w sobie nie są temu winne, a słuchanie ich odrębnie jest ciekawym doświadczeniem.
Wydawca: Warner Bros (2007)