Najdziwniejsze jest to, że
Sculptured nie jest szczytem oryginalności. "The Spear ..." w dużej mierze przypomina pierwsze dwa albumy Opeth, ale jest jednak kilka zasadniczych różnic - najważniejsza jest taka, że
Sculptured jest o wiele bardziej eklektyczny i swobodny w tym co robi. Na krążku jest siedem kawałków, o średniej długości 6-7 minut. Utwory nie są tak symfoniczne jak tego z "Orchid", ale nie mniej bogate w dźwięki - wręcz przeciwnie - nawet bogatsze!
Sculptured nie sili się na to, aby osaczać słuchacza ścianą dźwięku, aby terroryzować go motywami przechodzącymi jeden w drugi. W tej sferze
Sculptured wydaje się być dosyć oszczędny. Growling jest dosyć delikatny, nie jest głeboki, jest sporo czystych męskich wokali, co może zachęcić fanów takiego grania do muzyki zespołu.
W warstwie instrumentalnej jest również ciekawie - oczywiście tu i ówdzie są opethowe gitarki, ale motywy przewodnie odbiegają od dokonań genialnych Szwedów. Niejednokrotnie bowiem na pierwszym planie pojawia się gitarowy motyw neoklasyczny, ale utrzymany zarazem w "klimacie". Jest też dużo partii akustycznych, bardzo kojarzących się z Opeth, jak i fortepianu oraz monologów w tle (tutaj kojarzy mi się "Space-Dye West" Dream Theater). Tym jednak co zadziwia jest zastosowanie instrumentów dętych, które w przepiękny sposób wprowadzają się w kompozycje, podkreślając ich piękno.
Sculptured posiada także niezwykły dar kreowania przecudnych melodii, które momentami brzmią wręcz przebojowo. Zespół nie ustrzegł się także kilku innych zapożyczeń, jak choćby solówki kojarzące się z Psychotic Waltz oraz kilka rozwiązań znanych z Arcturus czy Borknagar. Niemniej jednak zespół robi to z taką gracją, że całość wychodzi im na plus.
W muzyce odajdziemy także sporo jazzowych motywów, odrobinę progmetalu, jak i blackmetalowy brud. Generalnie jednak muzyka
Sculptured po prostu "płynie" - jest delikatna, a każdy kolejny motyw wypływa z poprzedniego i zarazem zaskakuje. Nawet odrobinę korytarzowe brzmienie nie przeszkadza w odbiorze tego albumu.
"The Spear Of The Lily Is Aureoled" potwierdza jedynie, że 1999 rok był jednym z najlepszych lat dla metalu. Ta płytka jest skierowana dla każdego, kto lubi bogatą muzykę, nieszablonową, niezamykającą się w schematach, a zarazem przyswajalną. Nie jest to tak dołujące i mroczne granie jak My Dying Bride, ani nawet nie jest tak schizujące jak Opeth. Moim zdaniem jest to jeden z najlepszych debiutów w historii metalu.