Scena w Johnnym Rockerze nie należy do wielkometrażowych powierzchni, toteż
koncert miał w całości charakter niezwykle kameralny, choć nie można odmówić mu wysokiej frekwencji. Kilkanaście minut po godzinie 19-tej muzycy
Quidam pojawili się przy dźwiękach owacji i po krótkim powitaniu rozpoczęli występ tak, jak brzmią pierwsze dwa utwory z promowanego wydawnictwa. Mianowicie, od melodyjnego "Different", a zaraz potem "Kinds Of Soltitude At Night".
Już w tym miejscu zaznaczyć należy, że
poznański
koncert Quidam (tak jak i inne, poprzedzające go występy w ramach tejże trasy) obfitował w subtelnie wkomponowane, muzyczne cytaty z klasyki rocka. Pierwszy z nich - fragment z "Red" King Crimson - wpleciony został w trzeci utwór występu - "One Day We Find", przy tym zabieg ten wyszedł zespołowi tak naturalnie, że mało kto chyba się od razu zorientował.
Na dalszy ogień zagrano utwory z poprzedniej płyty - "SurREvival": "Hands Off" oraz kompozycję tytułową, po czym znów nastąpił powrót do nowszych dokonań - "Depicting Colours of Emotions".
Bardzo ciekawie wypadła kolejna pozycja
koncertu, na którą złożyły się wlaściwie aż trzy utwory z wcześniej wspomnianego "SurREvival" - prawdziwa mieszanka art/
prog rocka: "Fifth Season" z fragmentami "Queen Of Moulin Rouge" oraz "Everything's Ended".
Po tej entuzjastycznie przyjętej przez publikę muzycznej uczcie - "Of Illusions" przechodzące płynnie w "We Lost", wśród dźwięków którego znalazł się cytat z "Around the storming Bay" SBB.
Prawdziwym majstersztykiem, jak dla mnie, okazało się wykonanie "They Are There To Remind Us", które gdzieś w środku przerodziło się w... Doors'owe "Riders Of The Storm". Oprócz rockowej progresji znalazło się więc miejsce i dla szczypty psychodelii, a nawet bluesa. Przede wszystkim jednak dała się odczuć wypracowana w ciągu wielu
koncertów
Quidam improwizacja (nawet jeśli brzmi to jak oksymoron).
Co jeszcze można było usłyszeć tego wieczoru? Oczywiście, nie tylko kompozycje
Quidam, czemu dowodziło wykonanie klasycznego dziś już "Hush" Joe'go Southa skompilowane w
quidamowe "Not So Close". Był to jeden z najbardziej żywych elementów występu, co nie oznacza, że dominowały wolne tempa. Uwieńczeniem podstawowej setlisty
koncertu stało się, jak się łatwo domyśleć, "We Are
Alone Together", zaś na bis (którego zaistnienie niemalże było konieczne przy tak gromkich owacjach publiki) kontynuowano tę myśl muzyczną poprzez "But Strong Together".
Wydawałoby się, że to już naprawdę wszystko, co tego niedzielnego wieczoru przygotowali dla nas muzycy
Quidam, a jednak - publika pozostawała nieugięta i wywalczyła "swoje". I to w jak najbardziej okazałej formie, gdyż zespół zaprezentował własną, lecz mało odbiegającą od oryginału, wersję "I Wish You Were Here" Pink Floyd, czym jeszcze bardziej przypodobał się słuchaczom.
Właściwie ciężko mi jest znaleźć jakieś minusy tego
koncertu (oprócz tak przyziemnego faktu, jak niemożność skorzystania z klubowej szatni i niewystarczająca ilość miejsc siedzących). Nagłośnienie nie budziło większych zastrzeżeń (jedynie kilka niewielkich przepięć), wszystkie instrumenty (a było ich w sumie aż osiem podczas całego występu) brzmiały bardzo selektywnie i wyraziście. Kontakt zespołu z publicznością był świetny i, patrząc na wokalistę - Bartka Kossowicza, trudno wyobrazić sobie, że dołączył do grupy dopiero kilka lat temu (a historia
Quidam liczy sobie przecież już prawie 18 lat!).
Zdjęcia, za pośrednictwem zespołu
Quidam, udostępnił Paweł Nawrot.