Powrotem do korzeni tego nazwac nie można. Holmes i spółka na tym albumie spróbowali połączyć klimat "Icon" z melodiami znanymi z "
Paradise Lost" i "Symbol Of Life". Trzeba przyznać, że połączenie to wyszło bardzo zgrabnie - sporo ciężkich riffów, okazjonalne solówki, mroczny, nawet bardzo mroczny nastrój i naprawdę fajne melodie - to jest to co charakteryzuje ten album. Jak to jednak zwykło bywac w tym obozie - album jest nierówny - mamy kawałki lepsze, mamy też i zapchajdziury - całe jednak szczęście, że nawet w tych słabszych momentach zespół nie irytuje, a dźwięki te przechodzą mimochodem.
11 utworów, 45 minut muzyki - momentami trochę się dłuży. To nie jest już ta jakość co "Icon", nie jest to tez krążek tak zapadający w pamięć jak bardzo dobry "Symbol Of Life". Z drugiej strony - jest to najbardziej klimatyczny album, od czasów "Draconian Times", który powinien budzić najmniej kontrowersji spośród wszystkich albumów formacji wydanych od tamtego czasu.
"In Requiem" nie jest czymś fenomenalnym, ale jest wystarczająco dobry, aby móc go z przyjemnością posłuchać.
Paradise Lost zrobił swoje, nagrał krązek lepszy od poprzedniczki, skutecznie odświezył swój styl i chwała im za to. Nikt chyba już się nie łudzi, że
Paradise Lost powalą czymś odkrywczym - najlepsze lata zespół ma raczej za soba i cieszy sam fakt, że kapela trzyma swój poziom.
Wydawca: Century Media Records (2007)