Młody zespół z początku wydawał się trochę stremowany. Szczególnie perkusista, który gubił swoje pałeczki nader często. Wyliczać ile to raz musiał je zbierać z podłogi nie zamierzam, bo jego akurat za ten występ wypada mi pochwalić najmocniej. Sekcja rytmiczna zabrzmiała naprawdę ciężko, ale trzeba przyznać przy tym, że w pełni zawodowo. Panowie grają pomysłowo, wplątując w swoje agresywne kompozycje, ożywcze pauzy, przełamania rytmu i ciekawe zmiany tempa. Wstydu na pewno nie było. Ale oszukiwać przesadnie też nie zamierzam, bo choć w naszym kraju ciągle mało jest zespołów poruszających się po noise rockowych zakamarkach, przed kapelą jeszcze sporo pracy. Takie granie rzeczywiście ma racje bytu, tylko gitary zdecydowanie za mało, a dużo, zdecydowanie za dużo śpiewania. Przeciągane linie wokalne, trochę przesadnie „rozpychają” muzyczną przestrzeń, którą możnaby w bardziej pomysłowy sposób zagospodarować, dopełniając tym samym swoje brzmienie w sposób bardziej okazały. Tak, czy siak w przerwie, znalazło się kilka powodów by wypić za zdrowie grupy. I jeśli tylko nie zabraknie im determinacji, a i los okaże się dla nich łaskawy, to w przyszłości, okazji do wzniesienia toastu, może być zdecydowanie więcej.
Z dwadzieścia, może trzydzieści minut później…
To nie był długi koncert, raptem niecała godzina. Cały set podzielony był na dwie części. Pierwszą, bardzo krótką, w pełni akustyczną, składającą się z dwóch numerów, rozpoczęli od Geometry of Business, z ich ostatniej płyty The Narcotic Story. Z albumu, który na koncercie była najsilniej eksploatowana. Z „prądem”, czy też nie Eugene nie oszczędzał się, ani na moment, ani przez chwile. Mocno ciemiężył swój gardziel. Z początku krążył on wokół reszty kapeli, która rozstawiła się na środku sali i wygodnie usadowiła swoje tyłki na krzesełkach. Dąsał się w naciągniętej prawie na oczy czapce, wypluwając przy tym co krok kolejne słowo. Całość jego scenicznego zachowania wydawała się być dopracowane w każdym szczególe. Bo i dziwne pozy, i osobliwy krok, i odpowiednia mimika twarzy, robiły potworne wrażenie. A kto poczuł na sobie jego wzrok, kto go widział na żywo z bliska, zapamięta zapewne ten moment na bardzo długo. Szczególnie, że w klubie Katakumby było mało miejsca, na to by ukryć się przed jego spojrzeniem. Przed druzgocącym dźwiękiem gitary Niko Wenner’a w Bull’s Eye, kiedy ten podpiął się już pod wzmacniacz, też nie dało się uciec. Skazani na pożarcie, skazani na oszałamiająca perfekcje wykonawczą, można było tylko skomleć o więcej. I udało się. Na pierwszy bis Lucky. Utwór który wskrzesił chyba największe pokłady histerii w oczach fanów zespołu. Kolejny kawałek 1000 – umazany w brudzie noise rocka, konający z każdą kolejną sekundą w ponurym krzyku gitary, pomieszanej z głosem wokalisty, poprowadził publiczność na skraj szaleństwa. Oxbow w wydaniu na żywo to czysty dynamit, twór doskonały, godzący i konsolidujący wszystkie rozrzuty stylistyczne. I to brzmienie! Jak wspaniale, że pisząc relacje z tego koncertu, nadal gości w mojej głowie. A to doprawdy zakrawać może na cud.
Po występie panowie cierpliwie składali autografy i długo rozmawiali z publicznością. Udowodnili tym samym, że nie są napuszonymi, przepompowanymi gwiazdami. Ciężko jest uwierzyć w te durne plotki, że zwady na koncercie szukają, bo to normalne chłopaki są i tyle. To ta muzyka. To wszystko wina muzyki Oxbow, która grzebie żywcem dobre obyczaje. Na amen!