Często padają opinie, że West bardziej pasował ze swoim stylem do
Obituary. Gdy jednak słucham "
The End Complete" nie zauważam znaczących różnic poza tą, że West nie posiada smykałki wirtuoza. Tym razem
Obituary nikogo nie zaskoczyło, co też spotkało się ze skrajnymi opiniami.
Trzeci album tej formacji rozpoczyna się nadzwyczaj obiecująco - zespół brzmi ciężej, mocniej i czyściej, instrumenty dudnią aż miło, a nieokiełznany wokal Tardy'ego wskazuje na świetną dyspozycję. I tak otwierający płytę "I'm In Pain" robi sporego smaka, gdyż jakościowo może śmiało się równać z utworami z "Cause Of Death". Im jednak kolejne minuty upływają coraz bardziej utwierdzamy się w przekonaniu, że muzykom zabrakło pomysłów na utwory. Przykro jest to mówić, ale wszystko zlewa się tu w jedność - podobne zwolnienia, za dużo "rottingów" i "dyingów" w tekstach, za dużo podobnych temp, podobnych zwolnień, podobnych solówek. Szybko wiec zaczyna wiać nudą nawet jeśli jest to poprawne instrumentalnie.
Spotkałem sie z opiniami, że "
The End Complete" jest najlepszym albumem zespołu. Ja jestem daleki od takiej opinii, choć w kwestii produkcji i brzmienia na pewno jest to wysoka półka. Mam nieodparte wrażenie, że pomysły wyeksploatowały się wraz z "Cause Of Death".
Tracklista:
01. I'm in Pain
02. Back To One
03. Dead Silence
04. In the End Of Life
05. Sickness
06. Corrosive
07. Killing Time
08.
The End Complete09. Rotting Ways
Wydawca: Roadrunner Records (1992)