Nile gra to do czego nas przyzwyczaił - album nie jest odkrywczy, nie usłyszymy zbyt wielu rzeczy, których nie słyszeliśmy wcześniej. Od tej strony "Ithyphallic" jawi się jako kontynuator "Annihilation" - nastawiony jest raczej na prostsze, bardziej bezpośrednie utwory, w których techniczne smaczki mogą być wyeksponowane - a jest ich trochę - bardziej wyraziste solówki oraz czytelniejsze riffy, których "zakręconość" można podziwiać w pełnej okazałości. Utwory uległy znacznemu skróceniu - jedynie otwierający płytę "What may safely be written" oraz wieńczący ją "Even the gods must die" przekraczają długością 6 minut, reszta oscyluje w granicach trzech minut. Produkcja też jest bardzo dobra i czytelna, podobna do tej z ''Annihilation ..." ... i to by było tyle ciepłych słów odnośnie tego krążka.
Cóż więc jest nie tak? Jak to zwykle bywa z kontynuacjami "Ithyphallic" jest o wiele słabszy od "Annihilation ..." - przede wszystkim jest to album wolniejszy, mniej intensywny i mniej pomysłowy. Ileż to można powielać te same schematy - tym razem wyszedł naprawdę kapeć - muzyka jest pozbawiona polotu, niektóre utwory jak "Eat Of The Dead" wydają się być robione na siłę. Fakt, że
Nile prezentuje w dalszym ciągu świetny poziom instrumentalny, ale tym razem utworom brakuje świeżości i mocy. W porównaniu do dwóch poprzednich krążków "Ithyphallic" jest o wiele mniej monumentalny. Jest ciężar, jest jeszcze mniej egipskich motywów, ale z kawałków emanuje jedynie rzemieślnictwo.
"Ithyphallic" nie jest złym albumem, ale jest albumem rozczarowującym. Śmiało mogę powiedzieć, że jest to najsłabsze wydawnictwo zespołu, choć i tak zapewne przebijające większość konkurencji. Moje oczekiwania były o wiele większe. Pomysłowość "Black seeds..." przeminęłą, monument "In Their Darkened Shrines" też, nie wspominając już o mocy "Annihilation ...". Dla mnie to jest zdecydowanie za mało jak na "Bogów".
Wydawca: Nuclear Blast Records (2007)