Byłam w liceum, gdy rozpromienieni wiosną wybraliśmy się z jego rodzicami na wycieczkę. Marcowy dzień był wyjątkowo ciepły, a motocykl jak zwykle wypucowany. A ON wyglądał na nim to poważnie... Wiedziałam jak kocha tę maszynę... Wiedziałam też jak bardzo kocha rodziców, dlatego też nigdy nie pozwalał by poniosła go wyobraźnia motocyklisty – podlotka. Jeździł spokojnie i rozważnie... Podróż... Nie dojechaliśmy... Wypadek... Śmierć... ? Pękła struna w dobrej gitarze.
Bałam się. W szpitalu nie chciano mi o niczym powiedzieć. ON z nami nie wrócił... Kilka następnych tygodni przeżyłam w nieświadomości czegokolwiek i kogokolwiek. Szkoła, nauka - jak zawsze. Łzy płynęły, chociaż nie płakałam. Koszmar nie chciał się skończyć. Miałam wrażenie, że cierpienie powoli zabierało mi życie. Gdzieś, przez zamknięte drzwi usłyszałam, że muszę się pozbierać, bo inaczej tylko specjaliści podołają opiece nade mną. Schudłam, skurczyłam się. O różnych porach dnia i nocy czułam ból, który zwijał mi ciało w konwulsjach. Widziałam w snach jego oczy, kiedyś zielone i radosne, teraz nieprzytomne, martwe... Męczyłam się tak wiele miesięcy. Nieraz całymi dniami nie wychodziłam z pokoju. Modliłam się w ciszy. I w takiej ciszy ON odszedł z mojego życia. Cichutko, jak kurczaczek. Ja w nocy z krzykiem przyszłam na świat, a ON tamtego dnia w ciszy po raz ostatni nas pożegnał. Nikt mnie z pewnością nie zrozumie, ale cierpiałam całymi dniami, a nocami miałam sny tak spokojne i głębokie, jak tylko można mieć.
Codziennie chodziłam na grób, podlewałam świerki, milczałam. Dużo czasu upłynęło, zanim zaczęłam z nim rozmawiać. Zostawił mnie, mamę i tatę - samych. Ludzi, którzy go kochali i potrzebowali. Dlaczego? Do dziś zadaję sobie to pytanie. Dlaczego zgasła ta iskra, a nie inna? Niedługo miną trzy lata, jak odszedł. Lecz dopiero niedawno dowiedziałam się, że kochał mnie inaczej, niż jak się kocha siostrę. Że chciał byśmy razem założyli rodzinę. I był pewien, że nie odmówię... I miał rację... Lecz teraz ja muszę żyć z tą przeklętą świadomością , że już go nie ma i nie będzie. We wszystkim, co robię brak mi go. Włóczy się za mną tęsknota za czymś nie przeżytym i bezpowrotnie straconym. Są w moim życiu puste miejsca i krawędzie, tylko dla niego. Żałuję, że tak mało dałam mu miłości. Jeśli mnie słyszysz, KRZYSIU, to wiedz, że kocham CIĘ i z tą miłością kiedyś umrę.
I to chyba koniec tej opowieści. Teraz… jestem sama… Mimo to wierzę, że spotkam go jeszcze raz - w innym świecie, w innym życiu, może w innym wymiarze. Nieważne, zresztą gdzie ...