Najnowsze dziecko Anglików jest jednak dziełem dosyć specyficznym. Zespół powrócił do czystych wokali jako dominującej formy wokalnej. Growlingi pojawiają się w zaledwie dwóch ostatnich numerach. Niestety, od razu zasugeruję, że pomimo czystych wokali, nie jest to poziom "The Angel And The Dark River" - tym razem riffy są cięższe, mają odrobinę nowoczesne, przesterowane brzmienie, które z jednej strony dodaje, a z drugiej zabija nastrój. "A Line ..." jest bowiem w moim odczuciu albumem bardzo smutnym, niepokojącym, ale jednocześnie brakuje mu przestrzeni, czegoś co pozwoliłoby przegryźć się słuchaczowi przez muzykę. Kompozycje tym razem są jakby mniej przystępne, czasem sprawiają wrażenie nawet niespójnych, gdzie motywy nie wynikają bezpośrenio z siebie. Przykładem może być choćby deathmetalowa wstawka w "The blood, the wine, the roses". Moim cichym faworytem jest "Thy Raven Wings", który jest zdecydowanie najdelikatniejszym utworem na płycie, przypominającym "Two Winters Only". Zaskakujące jest także bardzo skromne użycie instrumentów klawiszowych.
Pomimo tego, że niektóre uwagi zawarte powyżej mogą sugerować, że "A Line ... " jest kiepskim albumem, chcę rozwiać od razu wątpliwości. "A Line ..." jest albumem bardzo specyficznym, o wiele odważniejszym aniżeli poprzedni krążek kapeli i po prostu lepszym. Fakt, nie jest to może ten poziom co "The Angel..." czy "The Light ...", ale MDB to grupa świetnych kompozytorów, rzemieślników, którzy wiedzą co robią i szmelcu słuchaczowi nie wcisną.
My Dying Bride nagrało 61 minut muzyki zamkniętej w 9 odsłonach - równych, spójnych, wzajemnie się uzupełniających, tworzących jak zwykle specyficzną, niepokojącą atmosferę, będących zarazem czymś nowym, a zarazem tym do czego MDB nas przyzwyczaiło. Nie nazwałbym tego albumu zjadaniem własnego ogona z klasą - ja bym powiedział, że "A Line Of Deathless Kings" to po prostu dobry album, który trzyma poziom i klasę zespołu.