Japoński kwartet uraczył przybyłą do
Firleja setkę osób głównie materiałem z piątej i ostatniej, wydanej w 2009 roku, płyty „Hymn to the Immortal Wind”. Wyprodukowany przez Steve’a Albiniego album to dotychczas największe osiągnięcie grupy. Koncert otworzył „Ashes in the Snow”. Następnie pojawiły się wypełnione melancholią „Follow the Map”, „Burial at Sea”, „Pure as Snow” oraz „Everlasting Light”, zagrany na wymuszony bis. Grupa sprawiała wrażenie znudzonej
wrocławskim występem i najwyraźniej nie miała ochoty spędzić na scenie kolejnych kilkunastu minut, choć domagała się tego rozentuzjazmowana publika.
Mono pieściło długimi, narastającymi kompozycjami, które rozpoczynając się cicho i niepozornie, przeradzały się w huragan emocji, emanującą nostalgią ścianę dźwięku. Gitary Goto i Yody prowadziły ze sobą ciągły dialog, a bas Kunishi pogłębiał z każdym uderzeniem uczucie smutku i przygnębienia towarzyszące muzyce Japończyków.
Ze starszych kawałków
Mono zaprezentowało „Yearning” oraz „Moonlight” z przedostatniego albumu „You Are There”. Z „Walking Cloud and Deep Red Sky…” usłyszeliśmy „Halcyon”, a z „One Step More and You Die”, stosunkowo krótki „Sabbath”. Choć koncert trwał około stu minut i był wspaniale nagłośniony, zabrakło interakcji ze strony Japończyków. Pewnie winę można zrzucić na różnice kulturowe i introwertyczny charakter muzyków, ale przecież, aby nawiązać kontakt z publiką wystarczy podnieść się na chwilę z krzesła, odezwać się do zgromadzonych ludzi i przełamać dystans. Mimo tego, występ
Mono był spotkaniem z grupą dużego formatu, którego brzmienia nie da się podrobić.