Wydawnictwo Znak naprawdę się postarało, takie książki pojawiają się coraz rzadziej. Twarda, oprawiona w materiał okładka, gruby papier i szyty grzbiet powodują, że książkę tę będą czytac wasze dzieci, a pewnie i dzieci waszych dzieci. Warto ją kupić choćby dlatego, by pokazać dzieciom, jak kiedyś robiło się książki w przeciwieństwie do większości obecnego szajsu, który rozpada się po jednokrotnym przeczytaniu. Rozumiem, że „peperback” pozwala ciąć koszty, ale gdyby wszystko wydawane było jak „
Momo”, może jeszcze długo nie przerzuciłbym się na ebooki.
W wydaniu tym, w przeciwieństwie do starego wydanego w 1978 roku przez „Naszą księgarnię”, zreprodukowano ilustracje autora. Ende jest dzieckiem malarzy, sam malował i często opowiadał w wywiadach, że miał duże problemy ze zilustrowaniem bohaterki
Momo, a przykładał do niej dużą wagę.
Mimo że głównym bohaterem tej opowieści jest dziewczynka o imieniu
Momo i zawiera ona wiele wątków fantastycznych, zdecydowanie nie jest to książka dla małych dzieci.
Momo pojawia się niewiadomo skąd i zamieszkuje w starym opuszczonym amfiteatrze. Nie ma nikogo, więc ludzie, którzy mieszkają w pobliżu, próbując jej pomóc. Wkrótce okazuje się, że to ona staje się dla nich większą pomocą, gdyż ma niecodzienna umiejętność – potrafi słuchać. Zdarza się, że jej milczenie jest bardziej wymowne niż słowa i pomaga rozwiązywać spory, rozwija wyobraźnię i wzbudza radość. Wkrótce jednak sielankę przerywa pojawienie się Szarych Panów, którzy oferują usługi oszczędzania czasu. Zapewniają oni, że oszczędzony czas zostanie kiedyś zwrócony jego właścicielom wraz z odsetkami. Okazuje się jednak, że czas i pieniądze zaoszczędzone zostają kosztem spotkań z najbliższymi, rozmów ze znajomymi, opieki nad chorymi i dziećmi. Wkrótce, mimo iż ludzie w mieście mają więcej pieniędzy i mogą dużo wydawać, zaczyna ich trawić dziwna choroba.
Książkę Ende trudno było uznać za proroczą w latach siedemdziesiątych, po tym jak świat zaczynał sycic się konsumpcjonizmem, Ameryka zdążyła się nim zachłysnąć, a na horyzoncie pojawiła się globalizacja. Z perspektywy czasu mogła się ona jednak taką wydawać i u nas. Pracoholizm, pogoń za pieniądzem – skąd my to znamy. Zawsze w takiej sytuacji najbardziej cierpią ci, dla których nie mamy czasu, a wiec dzieci. Im więcej oszczędzania czasu tym mniej jest go dla nich. Opisy choroby trawiącej społeczeństwo mogą wydawać się dziwnie znajome:
"Z początku nie zauważa jej się prawie. Pewnego dnia człowiek nie ma ochoty nic robić. Wszystko przestaje go interesować, nudzi się. Ale ta niechęć nie mija, pozostaje w nim i powoli wzrasta. Staje się coraz gorsza z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień. Człowiek czuje się coraz bardziej osowiały, coraz bardziej odczuwa wewnętrzną pustkę, jest coraz bardziej niezadowolony z siebie i ze świata. Później nawet to uczucie stopniowo znika i nie odczuwa już nic. Staje się obojętny i szary, cały świat wydaje mu się obcy i przestaje go obchodzić. Nie istnieje już gniew ani zachwyt, ludzie nie umieją się cieszyć ani martwić, zapominają, co to śmiech i płacz. Potem człowiek czuje wewnętrzny chłód, nie może już nikogo ani nic kochać. Kiedy to następuje, choroba jest już nieuleczalna. Nie ma już ratunku. Ludzie pędzą gdzieś z pustymi, szarymi twarzami, upodabniają się do szarych panów. Tak, stają się nimi"
Książkę czyta się świetnie nie tylko przez wciągającą fabułę, ale również dzięki ciekawie stworzonym postaciom:
Momo, Beppo czy Gigi. Zawiera wiele inspirujących historii opowiedzianych przez bohaterów, a także zabaw i ciekawych miejsc. Książka ta, podobnie jak „Niekończąca się historia”, głęboko odwołuje się do uniwersalnych, niezależnych od wieku wzorców postrzegania, przeżywania oraz działania i potrafi czasem wywołać dreszcze. Lekturze spokojnie mogą oddać się w równej mierze dorośli, co dzieci. Patrząc na naszą rzeczywistość wielu z tych pierwszych zdecydowanie przeczytać ją powinna.