Stanął przy moich kolanach i patrzył na mnie czarnymi, błyszczącymi paciorkami oczu zadzierając łebek do góry. Nie wydał żadnego dźwięku, po prostu patrzył, jednak jego misiowa mordka wyrażała czystą sympatię. Wyciągnęłam rękę i uniosłam misia delikatnie tak, jak podnosi się kota, sadzając go sobie na kolanach. Jeśli spodziewałam się wyczuć pod pluszem twarde powierzchnie mechanicznych łapek, to się zdziwiłam.
Miś był miękki i zaskakująco ciepły, gdyby nie złocisty materiał, wyraźne szwy i plastikowe oczka przysięgłabym, że trzymam żywe zwierzę. Z każdej możliwej strony obejrzałam misia, który nawet nie wydawał się mieć coś przeciwko i przyjaźnie znosił moje manipulacje gdy usiłowałam odkryć tajemnice mechanizmu, usłyszeć ciche, maszynowe mruczenie czy choćby znaleźć miejsce do wkładania baterii. Gdy położyłam rękę na piersi misia, w końcu coś wyczułam. Rytmiczne, mocne bicie. W pierwszej chwili osłupiałam… Ale nie mogłam się mylić. To nie była mechaniczna
zabawka.
Od tej pory
Miś był naszym nieodłącznym towarzyszem. Nieraz patrząc na niego usiłowałam dojść, kim lub czym tak naprawdę jest. Na pierwszy rzut oka przypominał zwykłego pluszaka. Lecz od jego kuzynów z półek sklepowych różniło go to, że poruszał się o własnych siłach, na swój milczący sposób z nami rozmawiał a pod ciepłym, miękkim pluszem wyraźnie biło
serce. Kochające
serce, bo do Kasi
Miś był przywiązany bezgranicznie i bezwarunkowo.
Jak niewiele czasu potrzeba, by opuszczone mieszkanie zostało rozgrabione. W resztkach kolorowo malowanego tynku ziały rany po wydartych kablach a po zaśmieconych pokojach hulał przeciąg z pustych otworów okiennych. Sterty śmieci i resztki mebli walały się po pozapadanej podłodze. Tam
Kasia zwykle parzyła herbatę. A tu przesiadywałyśmy nad parującymi filiżankami gawędząc na niekończące się tematy. I zawsze patrzyły na nas przyjazne, paciorkowe oczka Misia, który lubił cichutko przycupnąć sobie obok nas w kącie kanapy.
Leżał na samym szczycie sterty połamanych mebli i gruzu, pod zwojami zdartej tapety. Po chwili podniosłam Misia powoli. Sama nie wiem, skąd ten moment wahania. Nieprawda, wiem. Bałam się. Bałam się tego, czego się słusznie spodziewałam.
Miś był zimną, bezwładną
zabawką. Zwykłym pluszakiem w kolorze brudnych biszkoptowych ciastek, jak tysiące innych. Położyłam dłoń na jego piersi. Była zakurzona i martwa. Zabrakło miłości, która karmiła to
serce i dawała mu siłę, by bić.
Chodź, mały. Nie zostawię cię tak.
Będziesz sobie siedział w kątku na parapecie okiennym i przypominał mi Kasię.
Siedział. Przypominał mi Kasię. I Misia, którego niegdyś znałam, bardzo, bardzo dawno temu a którego był już tylko przybrudzonym wspomnieniem. Ale lubiłam przychodzić do domu i witać się z nim. Lubiłam pogłaskać go po miękkim łebku. Zagadać sobie coś. Lubiłam wyobrażać sobie, że gdzieś w głębi tej
zabawkowej główki rozumie, po dawnemu.
Siedziałam w fotelu, pijąc herbatę i patrząc na odległe chmury, sunące w przestrzeni za oknem. Nie usłyszałam miękkich kroków. Dopiero dotknięcie zwróciło moją uwagę.
Miś stał przy moich nogach i zadzierając główkę patrzył na mnie przyjaźnie czarnymi kuleczkami oczek. Podniosłam go delikatnie i przytuliłam. Był miękki i ciepły. Jego
serce znów biło.