Pierwsze zderzenie - fenomenalna okładka, chyba nalepsza z dotychczas zdobiących krążki szwedzkiego kwintetu. Pierwszy odsłuch... typowe
Meshuggah, trochę na jedno kopyto, zdecydowanie więcej grania w stylu ostatniego albumu niż "Destroy Erase Improve", tyle, że całość jest jakoś bardziej przejrzysta i przewidywalna. Wydawało mi się, że
Meshuggah zaliczyło spore potknięcie. Uświadomiłem jednak sobie, że podobne odczucia towarzyszyły mi przy słuchaniu w zasadzie każdego ich krążka, więc dałem oczywiście sobie szansę przesłuchać ten album jeszcze kilkakrotnie. Choć na pewno nie jest to wystarczająca ilość, aby zgłębić tą muzykę, to jednak można o niej już wówczas coś więcej powiedzieć.
Zacznę od dwóch podstawowych rzeczy - za zestaw perkusyjny powrócił Tomas Haake (nie usłyszymy więc na "
obZen" automatu) oraz fakt, że nie jest to album koncepcyjny. Otrzymaliśmy dziewięć niezależych od siebie utworów, które w żaden sposób nie muszą być ze sobą powiązane jak to miało miejsce w przypadku "Paragrafu 33".
Odnośnie samej muzyki zaś - pierwsze wrażenie bardzo często mówi wiele, co też znalazło potwierdzenie na "
obZen". Jest to album zdecydowanie bardziej przejrzysty niż poprzednie i zdecydowanie mniej eksperymentalny. Rzeczywiście jest próbą połączenia starego i nowego stylu, z tym, że o wiele więcej elementów kojarzy się z ostatnimi dokonaniami.
Przede wszystkim brzmienie - choć nie jest tak sterylne jak na poprzednich krążkach, to gitary nadal posiadają ten mocno przesterowany sound. Jeśli chodzi o styl gry, to ponownie jest to skłanianie się do progresywnego grania i wykręcania riffów niż do ciętych jak brzytwa riffów. W zasadzie jedynym skojarzeniem ze starymi czasami jest to, że
Meshuggah od czasu do czasu przyspieszy tempo - brzmi to wtedy jak neo-thrash z typowym, meshuggowym stylem riffowania. Pewnym novum jest fakt, że jest tu więcej przejść perkusyjnych - do tej pory Haake uchodził za perkusyjne monstrum, wytupujące jakieś pogmatwane metrum, a tutaj jest nieco bardziej klarownie.
Pomimo tego, że uwielbiam muzykę
Meshuggah, to musżę jednak rozliczyć to wydawnictwo z niedoskonałości. Pewnym rozczarowaniem są dla mnie solówki, które tym razem nie ujęły mnie niczym - zabrakło w tej materii pomysłów. W ogóle wydaje mi się, że "
ObZen" jest najmniej rewolucyjnym i chyba najmniej wnoszącym nowego krążkiem w dykografii zespołu. Uświadomiłem sobie, ze jednak zbyt wiele riffów jest do siebie podobnych i większość utworów nie ma tego "czegoś" charakterystycznego. Niestety, to jest 9 niezależnych kompozycji, a nie jeden 50-minutowy, w którym te motywy mają prawo się powtarzać. Podobne zarzuty kierowane były kiedyś pod adresem albumu "Nothing', ale jak warto zauważyć - był on inny od "Destroy erase Improve" i "Chaosphere". Na "
obZen" natomiast zbyt wiele elementów powtarzało się już na wcześniejszych płytach. Zabrakło także tej nuty eksperymentu, oddania się jazzowej improwizacji i surrealizmowi, tak widocznemu na "Catch 33". W efekcie okazuje się, że zdecydowanie najlepiej wypadły utwory najszybsze i najbardziej agresywne - "Bleed" oraz " Dancers to a discordant system".
"
ObZen" w żadnym wypadku nie jest albumem złym - wręcz przeciwnie, to wciąż jest kawał świetnego metalowego mięcha. Nie będę ukrywał jednak, że w zasadzie wszystkie albumy od "Destroy Erase Improve" do "Catch 33" były lepsze choćby z tego względu, że każdy z nich był inny i w zasadzie każdy był trudny w odbiorze. Ten album jest prostszy, dobrze się go słucha, zawiera w zasadzie wszystkie elementy charakterystyczne dla zespołu. Dla osób, które nie znają twórczości Szwedów "
obZen" byłby tym albumem, któy można poznać na początku. W zasadzie pierwszy wielce oczekiwany album tego roku okazał się po prostu dobry.
Wydawca: Nuclear Blast Records (2008)