"I" jest EPką zawierającą zaledwie jeden dwudziestojednominutowy
utwór, który miał pokazać nowe oblicze zespołu. Szwedzi wyciągnęli
wnioski ze swojej twórczości i nagrali muzykę zupełnie inną od tej, do
której przyzwyczaili nas na swoich ostatnich wydawnictwach. "I" bowiem
nawiązuje w dużej mierze do czasów "Destroy Erase Improve", ale
jednocześnie zawiera sporo elementów z ostatnich krążków. Nie jest to
aż tak ciężkie wydawnictwo jak "Chaosphere" czy "Nothing". Jest za to
o wiele szybsze i bardziej dynamiczne - tym razem owa rytmika nie jest
tak nachalna i nie męczy słuchacza. W dalszym ciągu mamy do czynienia z
fenomenalną techniką oraz sporą ilością różnorodnych motywów, czyli
tym, czego brakowało na ostatnim wydawnictwie. Co więcej, na "I"
Meshuggah nie wydaje się być tak agresywny jak to bywało przedtem, choć
momentami obcujemy naprawdę z wielkim chaosem. W dużej mierze jest to
zasługą brzmienia - zasługą niestety chyba niechlubną.
Brzmienie "I" posiada bowiem jeden duży feler - perkusja. Brzmienie werbla jest
okropnie płaskie, jakby ktoś miarowo pukał w karton. Gitary nie mają
pogłosu, co w efekcie brzmi nieciekawie, kiedy na tle motorycznego,
wytłumionego riffu rozbrzmiewa fatalnie brzmiący werbel. Głos wokalisty
jest jednowymiarowy i w tej kwestii także mamy brak urozmaicenia.
Meshuggah ma także to do siebie, że potrafią przez dłuższy okres grać
jeden motyw n okrągło. Tutaj tych motywów jest dużo, ale nie przenikają
one siebie, tzn. po trzech minutach grania jednego motywu, zespół gra
następny. Taki jest już urok
Meshuggah i można to lubić lub nie.
Niemniej
jednak "I" bezdyskusyjnie zawiera dużo dobrej muzyki, świetnie
wykonanej, oryginalnej jak diabli, poruszającej rejony dostępne tylko
dla nich samych. Nie bez przyczyny mówi się, że "I" to najlepsza EPka
w historii metalu. Na pewno jest to wydawnictwo, które przywraca wiarę
w możliwości i kreatywność zespołu, potwierdzające, że Szwedzi jeszcze
się liczą na metalowej scenie.
Wydawca: Fractured Transmitter (2004)