To co jednak otrzymaliśmy burzy wszelkie konwencje muzycznej estetyki. A otrzymaliśmy album pełen kontrastów, z jednej strony bardzo jednoznaczny, a z drugiej szalenie bogaty i urozmaicony.
Pierwsze, co się rzuca w uszy, to niesamowity ciężar i agresja emanująca z tego krążka. "Chaosphere" jest zdecydowanie cięższy od poprzedniczki, ba, jest to chyba jedna z najcięższych płyt w historii metalu.
Kolejnym elementem wyróżniającym ten album, jest jego rytmika i konstrukcja utworów. Z pozoru kompozycje są bardzo jednostajne, oparte na szarpanych, odhumanizowanych riffach, jednowymiarowym, krzyczanym wokalu - z pozoru wszystkie utwory są do siebie podobne. Ale tylko z pozoru, gdyż pomimo pewnej jednostajności
Meshuggah redefiniuje pojęcie rytmu bawiąc się nim, modyfikując go wedle własnego uznania, ale wciąż poruszając się w hermetycznie zamkniętych schematach.
Zwraca także uwagę bardzo metaliczne, nowoczesne i odhumanizowane brzmienie podkreślające wszelkie atuty zespołu. Słuchając tego albumu nie możemy przejść obojętnie obok bardzo mrocznego i "zimnego" nastroju tego wydawnictwa - perfekcyjnie odegrane riffy, wokal pełen agresji, akcentujący wszelkie punkty kulminacyjne, praca sekcji swobodnie lawirująca pomiędzy machiną wioseł - wszystko to powoduje, że z pozoru przyswajalne wydawnictwo robi się dla wielu niestrawne.
A to jeszcze nie koniec wrażeń, gdyż oddzielną kwestią jest poziom techniczny muzyków - po prostu fenomen! Nigdy wcześniej, ani nigdy potem nie było zespołu, który w tak szeroki sposób potrafił dostosować swoje instrumentarium do specyfiki rytmiki.
Meshuggah czaruje precyzją, synchronizacją, a zarazem zgrabnym dekomponowaniem własnej muzyki wprowadzając, czy to w partie sekcji, czy w gitary, szereg urozmaiceń i udziwnień niespotykanych u innych zespołów. Aż dziw bierze, że utwory są oparte zazwyczaj na zaledwie kilku riffach, który jednakże są zagrane w takim metrum, że nie sposób ich zrozumieć - nigdy jeszcze nie słyszałem, aby jakiś inny zespół grał coś podobnego. Oddzielne słowa uznania należą się gitarzyście Fredrikowi Thordendalowi, który na tym albumie daje popis swoich możliwości. Jego gra z jednej strony inspirowana nowoczesną sceną metalową a la Fear Factory, z drugiej prezentuje vanhalenowską pomysłowość, a jeszcze z innej jazzową subtelność. Generalnie jego gra wymyka się jakimkolwiek standardom, nawet jeśli ktoś nie lubi takiego zakombinowanego, połamanego grania.
Pośród tej całej pozornej prostoty i hermetyczności
Meshuggah jawi się jako zespół perfekcjonistów, świetnych kompozytorów, którzy ubarwiają muzykę na wszelkie sposoby - nieważne czy jest to mroczny "Corridor Of Chameleons", furiatyczny "The Exquisite Machinery Of Torture" czy piętnastominutowy kolos w postaci "Elastic". Z całym szacunkiem dla wszystkich nowofalowych zespołów mathcore'owych pokroju Th Dillinger Escape Plan, Psyopus czy Ion Dissonance, które eksponują swoje umiejętności i starają się zakombinować muzykę do granic możliwości -
Meshuggah tworzy muzykę o wiele trudniejszą w odbiorze, bardziej wizjonerską i trudniejszą do naśladowania.
"Chaosphere" jest moim ulubionym albumem
Meshuggah, najbardziej zróżnicowanym, odhumanizowanym a zarazem spontanicznym. Nie mam wątpliwości, że ten krązek pokazał, że jest to zespół jedyny w swoim rodzaju.
Wydawca: Nuclear Blast Records (1998)