Można to przyrównać do deathmetalowego Gorguts, ale
Meshuggah robi to z wielką gracją grając w sposób zdecydowany, konkretny i bardzo spójny. "Catch 33" jawi się więc jako ambitny i oryginalny krążek odbiegający daleko od metalowych standardów. Szwedzi nie silą się na zabójcze tempa i technikę The Dillinger Escape Plan - tutaj pokazują, że można wykręcić muzykę bez szaleńczych temp i monstrualnej agresji.
Meshuggah stawia na ciężar, muzyka jest zabójczo hermetyczna, perfekcyjnie wykonana, oryginalna, a zarazem uwypuklająca wszelkie atuty zespołu na czele z szalenie oryginalną techniką muzyków. Niewątpliwie oczy fanów skupiają się głównie na eksperymentatorskiej technice gry Thordendala, który pokazuje, że instrumentalista z klasą wiecznie poszukuje nowinek.
Z początku czułem się zmęczony jednostajnością tego albumu, pewnym ograniczeniem, głównie w warstwie wokalnej, ale z każdym przesłuchaniem przekonywałem się do tego, że to jest właśnie urok
Meshuggah - hermetyczność, ograniczanie formy i wykręcanie jej przy pomocy wypracowanych schematów. Krążek okraszony jest świetnym brzmieniem, co jedynie podkreśla odhumanizowane i wykalkulowane granie formacji. Ciężko jest bowiem zdefiniować i zaszufladkować twórczość zespołu - można to nazwać metalcorem, mathcorem, metalem progresywnym, ale
Meshuggah potwierdza, że jest jednym z najbardziej oryginalnych zespołów na scenie.
Moim zdaniem "Catch 33" jest póki co najlepszym wydawnictwem zespołu - bardzo dojrzałym, wymagającym, który albo się pokocha, albo z nienawidzi. Jest to jednak album, do którego ciężko jest się przyczepić w jakiejkolwiek warstwie, a pochopne wnioski wynikłe z pierwszego odsłuchu są bardzo błędne. "Catch 33" jest niezwykły, pokazujący nowoczesne podejście do metalu, po raz kolejny zmieniające definicję rytmu, odkrywający nowe możliwości konstruowania riffów i pisania utworów.
Wydawca: Nuclear Blast Records (2005)