Najpierw na scenie pojawił się deathmetalowy
Mortar. MuszÄ™ przyznać, że od pierwszych dźwiÄ™ków chÅ‚opaki zadziwili mnie. Co prawda, death metal jest gatunkiem oklepanym do granic możliwoÅ›ci, ale umiejÄ™tnoÅ›ci techniczne muzyków - zwÅ‚aszcza gitarzystów - robiÅ‚y wrażenie. Z muzyki emanowaÅ‚a niesamowita energia, gÅ‚owa rwaÅ‚a siÄ™ do moshu, a ciaÅ‚o aż drgaÅ‚o w rytm muzyki. Od razu trzeba zaznaczyć, że brzmienie byÅ‚o bardzo dobre, instrumenty brzmiaÅ‚y czysto i byÅ‚y dobrze sÅ‚yszalne. Jedynie partie gitar solowych byÅ‚y nagÅ‚oÅ›nione trochÄ™ gorzej - a szkoda, bo zespół pokazaÅ‚, że grać potrafi. Stylistycznie przypominaÅ‚o to miejscami Soilwork z okresu "A Predator’s Portrait", odrobinÄ™ Arch Enemy i The Haunted. Reakcja publicznoÅ›ci byłą dosyć niemrawa, choć z min można byÅ‚o wywnioskować, że muzyka siÄ™ podoba. Zapewne byÅ‚o to wynikiem zbyt maÅ‚ej iloÅ›ci wypitego piwa.
Jako drudzy na scenie pojawili się chłopaki z
Morion. Pamiętając ich występ z Dark Festival z 2004 roku, muszę przyznać, że muzyka zespołu ewoluowała bardzo. O ile kiedy zespół grał melodyjny, ciężki doom metal, na dwa growlingi (jeden z ówczesnych wokalistów zdzierał gardło w
Mortar), tak teraz muzyka stała się bardziej wielowymiarowa. Tym razem zespół jechał na jeden wokal, widać, było, że wokalista nie męczy się growlując, a swoją czystą barwą głosu przypominał Jamesa Hetfielda. Od strony muzycznej zespół zaprezentował się wyśmienicie - kreatywne, wpadające w ucho riffy spowodowały, że pod sceną było tłoczno i żywiołowo. Kolejno poleciały "Between Love And Hate", "Alone", "If I Swear", "Fall into Oblivion", "Spiritual Reality", "Insomnia", "Never Again", "Not The Same", "Symbols Of Time" i nowy, jeszcze niezatytułowany utwór, który ma znaleźć się na najnowszym wydawnictwie zespołu. Jak dla mnie koncert
Morion wypadł naprawdę świetnie, aż nie chciało odchodzić mi się od sceny, a doom metal w wykonaniu
Morion brzmi rzeczywiście przekonywująco.
Jako gwiazda wieczoru miał wystąpić
Lebenssteuer, którego znałem dotychczas tylko z jednego utworu. I po raz kolejny ujrzeliśmy na scenie tego samego muzyka - wokalistę
Mortar, który tym razem obsługiwał bas w zespole. Pierwszy utwór "Deadsmile" wypadł dosyć niemrawo, odniosłem wrażenie jakby wokale były melorecytowane. Potem jednak zrobiło się żwawiej, klawisze Migdała zabrzmiały wyraziście, gitary soczyście i ciężko, widać było, że zespół rozkręcił się. Kolejno trzy utwory rozkręciły również publikę, która szalała w rytm motorycznych riffów i mocnego growlingu przeplatanego czystymi wokalami. Kojarzyło mi się to trochę z Thy Disease i Crematory. Apogeum nastąpiło jednak, gdy chłopaki zagrali cover Bomfunk Mc's "Freestyler" - cała sala szalała, a widać było, że muzycy także dobrze się bawią. Następne utwory "Hypno", "Pain", "The Beast", "Heartache" oraz "Her" podtrzymywały schemat poprzednich utworów, co moim zdaniem w pewnym momencie zaczęło zalatywać nudą. Tak czy owak występ był bardzo dobry, zespół zaprezentował muzyką idealnie sprawdzającą się na koncertach.
Cały wieczór określiłbym mianem udanego, w sumie każdy z zespołów pozytywnie mnie zaskoczył prezentując kawał solidnej muzy i niezły warsztat techniczny. Myślę, że nawet osoby, które znalazły się tam z przypadku nie powinny żałować widowiska.