Całe szczęście, że wraz z dobrymi lirykami idzie także dobra muzyka. Po krótkim i mrocznym intro dostajemy pomiędzy oczy riffem żywcem wyjętym z "Children Of The Grave" Black Sabbath - tak oto rozpoczyna się "The Trees Have Eyes" - chyba najbardziej przebojowy numer na płycie. Jak się okazuje świetnie opisuje zawartość tego wydawnictwa. Muzyka jest dynamiczna, zagrana z werwą i pasją, pojawia się w niej zarówno nuta przebojowości jak i patosu.
"House Of God" różni się bardzo od swojej poprzedniczki "Voodoo" - jest mniej techniczny, bardziej bezpośredni, bardziej chwytliwy, ale bardzo przemyślany. Śledząc liryki musze powiedzieć, że King po raz wtóry świetnie intonuje i dostosowuje się do śpiewanej frazy. Odniosłem także wrażenie, że na tym krążku o wiele lepiej operuje w wysokich rejestrach aniżeli było to na trzech ostatnich płytach. Pod tym względem nasuwają się skojarzenia z pierwszymi płytami zespołu.
Moim jedynym zarzutem jest trochę płaskie brzmienie - zarówno gitary jak i werbel są bez pogłosu, do tego gitary brzmią bardzo nowocześnie ale niestety mało organicznie. Ważne jest jednak to, że powstał kolejny dobry album - może nie jest już to poziom "Them" czy "Abigail", ale zespół wciąż trzyma fason.
Wydawca: Massacre Records (2000)