King Crimson zaproponowało muzykę zupełnie odmienną, łączącą elementy
jazzu, rocka oraz ówczesnych nowinek pokroju wibrafonu. Fripp, jako że
jest głównym kompozytorem tego materiału, ujawnił swój geniusz i
wizjonerstwo sięgające często tam, gdzie ludzka percepcja zwykła nie sięgać. W
efekcie na album złożyło się pięć zupełnie różnych od siebie utworów.
Płytę otwiera legendarny już "21st Century Schizoid Man" - rozpędzony,
jazzujący, szalenie techniczny, z przesterowanym wokalem, z motywem,
który niewątpliwie stał się podwaliną do... motywu przewodniego z
filmu "Mission Impossible", jednym słowem genialny utwór. "I talk to
the wind" to dla odmiany bardzo delikatny numer, wręcz milczący,
oddziałujący na podświadomość, usypiający, całkowicie pozbawiony
dramatugii i jakże inny od poprzedniego. "Epitaph" to dołujący, ale
zarazem bardzo przejmujący utwór, w którym Greg Lake ujawnia swój
geniusz wokalny. Po dziś dzien kompozycja ta uważana jest za jeden z
najlepszą w historii rocka. "Moonchild" to kilkunastominutowy zestaw
odgłosów, które zapewne mają oddziaływać na słuchacza, ale z
przykrością stwierdzam, że nigdy tego utworu nie rozumiałem i
zwyczajnie nie podoba mi się. Krążek wieńczy utwór
tytułowy - epicki, pełen dramaturgii, wręcz apokaliptyczny.
King
Crimson zaserwował coś, czego ludzie przedtem nie słyszeli, ani nawet
chyba nie wyobrażali. Umiejętne połączenie wielu gatunków w coś
spójnego, biegłość instrumentalna oraz różnorodność sprawiły, że "In
The Court Of The Crimson King" po dziś dzien uważany jest za największe
rockowe dzieło. Osobiście jednak uważam, że Fripp nagrywał później
jeszcze lepsze albumy od tego, pokazując o wiele dalej idące
wizjonerstwo.
Wydawca: Island Records (1969)