"
Resonance" to pięć utworów zamkniętych w 40 minutach czystego, fortepianowego grania. Pierwsze skojarzenie jakie mi przyszło na myśl, to fakt, że powstał album bardzo "jarrettowski", przypominający trochę "The Koln Koncert". O ile Jarrett to jazzowy wizjoner, o tyle Rudess na tym tle wypada raczej jak rzemieślnik. Fakt - mamy tu mnóstwo pięknych melodii, subtelnych pasaży jak i nieco bardziej drapieżnych nut, ale niestety nie oddziaływuje to w żaden sposób na emocje, brak w tym jakiegoś natchnienia. W tym wypadku bliżej Rudessowi do reprezentantów skandynawskiej nowej fali jazzu, gdzie mamy do czynienia właśnie ze wzorowym rzemieślnictwem, a niekoniecznie z kreatywnością.
"
Resonance" to album, którego słucha się przyjemnie, ale bez jakiś głębszych refleksji. Raczej jest to płyta na 3-4 odsłuchy, po czym idzie w zapomnienie. Niewiele można tej płycie zarzucić poza tym, że jest co najwyżej dobra. Można tego posłuchać, ale nie jest to koniecznością.
Tracklista:
01.
Resonance02. Timeline
03. Flying
04. Catharsis
05. Tears
Wydawca: płyta wydana przez muzyka (1999)