Ludzie obawiają się
takiej przyszłości, złe są wspomnienia o II wojnie światowej, a
przecież widnieje zagrożenie, iż nastąpi ta trzecia, najbardziej
zaawansowana. Ale swych oczu nie kieruje się w stronę natury, która
przecież kiedyś może się zbuntować, stając się zagrożeniem na
miarę nuklearnej wojny. Natura ma przecież tyle broni śmiertelnej
w swoim zanadrzu, iż człowiek nawet nie przypuszcza, że może
nadejść czas jej panowania.
"
28 Days Later" jest
horrorem, lecz innym, niż większość kręconych filmów dla
rozrywki. Wyróżnia się pod wieloma względami, jeżeli
chodzi o formę prezentowania, przedstawienia problemu, i paniki.
Poszczególne horrory kręcone w końcu XX wieku i na początku
XXI wieku, są horrorami typowymi pożeraczami pieniędzy,
skarbonkami w postaci różowych świnek, takim mięsem
wiszącym w sklepach w czasie PRL-u, który zaraz zniknie po
przez zgłodniałe legiony społeczeństwa. W czasowym horrorze
chodzi o sprzedanie scen krwi, latających kończyn i dziwnych
obłąkańczych postaci. Raczej ma przerazić - z małym skutkiem - rozrywkowo.
Boyle stworzył obraz
iście postapokaliptyczny. Świat opanowuje epidemia, a raczej ten
problem dotyczy Londynu. Wirus zaraża społeczność, aby po chwili
zarazić kilkumilionowych mieszkańców krainy mgły i deszczu,
którzy zamieniając się w niedługim czasie w zombie, stają
się niezwykle inteligentne, są szybkie i bardzo agresywne. Ci co są
nie zarażeni, próbują przetrwać, ale z małym skutkiem.
Film cechuje to, iż
obrazy prezentowane w nim - opustoszały Londyn, niezwykle cichy, z
pustymi domami i mieszkaniami, gdzie autobusy, pociągi, przestały
jeździć, w metrze jest tylko mroczna i ciemna pustka. W
supermarketach zimnych od braku klientów, już nikt nie ściga
się za promocjami, a w mrocznych zakamarkach czają się zgłodniałe
zombie. Dziwie się, że przy takim małym budżecie można stworzyć
obraz, który swoją wizją naprawdę wprowadza w niesamowity
niepokojący klimat, zimny, bezwzględny, a przyznaje, że mało jaki
horror może szczycić się takim plusem. I mało jaki horror, czy
film grozy, może być naprawdę solidny poprzez niezwykłą ścieżką
dźwiękową.
Autorem ścieżki jest
niewątpliwie mało znany kompozytor (choć na swoim koncie ma
kilkanaście prac) -
John Murphy, który sam uwielbia brać
udział przy niskobudżetowych produkcjach. Spod jego paluszków
uderzających o klawisze fortepianu, na świat wyszło kilka dzieł
muzyki filmowej. Musze tu wspomnieć o jego najlepszym i dojrzałym
dziele z filmu - "Milionerzy", a także kilka pozostałych
partytur do filmów "Sunschine" Bay'a, "28 Weeks Later"
Frensnadillo, czy "Snatch" Guy'a Ritchiego.
Na płycie znajduje się
rzecz jasna spora partytura Johna Murphy'ego, lecz nie trudno zwrócić
uwagę, iż między mozaiką dźwięków kompozytora, można
usłyszeć piosenki i pieśni, co oddaje niesamowitego klimatu.
Pierwszą piosenką jaką można usłyszeć jest pozytywny i pełen
energii utwór "AM180”"zagraną przez kalifornijską grupę
Grandaddy. Utwór ten, można było usłyszeć w scenie robienia
zakupów w opuszczonym supermarkecie przez bohaterów
filmu, pozwalających sobie na odrobinę szaleństwa. Kompozycja jest
niesamowicie skoczna, słychać sporą dawkę elektroniki i jest
jednym z najbardziej specyficznych, ale także pozytywnych utworów
ścieżki dźwiękowej, choć można odczuć małą gorycz. Drugim
utworem jest "Season Songs" grupy Blue States, którą
można usłyszeć w ostatnich scenach filmu. Trudno powiedzieć, czy
utwór jest pozytywnie nastrojowy, czy wręcz przeciwnie.
Powiem tylko tyle, iż w ostatnich scenach poczułem się dziwnie,
miałem mieszane uczucia. Więc myślę, że "Season Songs" jest
utworem takim, który daje totalnego kopa, aby wyzwolić od
hipnozy w którą tą widz popadł. Na płycie są także
pieśni śpiewane przez Alleyene Perri, które są smutne,
melancholijne. I taki smutek, przygnębienie z nutką niepokoju,
można odkryć w "Taxi (Ave Maria)" czy "Jim's Parents",
gdzie ma się wrażenie, iż wszystko jest snem, a obok ktoś nuci
kołysankę. Na płycie, także znajduje się pieśń "In Paradisum"
zaśpiewaną przez Choir Of Trinity College Cambridge, który
kapitalnie łączy się z utworem "Frank's Death - Soldiers",
zaczerpnięty z twórczości Mozarta, a mianowicie z jego
słynnego dzieła "Requiem" i choć pieśnią nie jest, stanowi
bardzo poetycki kawałek.
Na osobną uwagę
zasługuje tutaj utwór Briana Eno - "An Ending(Ascent)",
który jest najbardziej kojarzony z filmem, gdyż był
prezentowany w trailerze. Piękny utwór, bardzo klimatyczny,
lekko przygnębiający, można wysłuchać przeróżnych
dźwięków ambientowych, podchodzących już pod melodię. Ten
utwór tworzy niesamowity nastrój, porażający, nieco
transowy. Tak na marginesie, utwór ten, można było usłyszeć
w trailerach do innych filmów m.in "Traffic"
Po prezentacji piosenek z
tej płyty, przejdźmy do drugiego działu, mianowicie do twórczości
Murphy'ego, gdzie można rozkoszować się niesamowitym talentem
tegoż kompozytora. I tak ścieżka dźwiękowa zaczyna się już
niepokojąco, utworem "The Beggining", w którym to
słychać rożne dźwięki, a to krzyki ludzi, a to wiadomości
radiowe, a to strzelanie z karabinu czy głos helikoptera, które
informują nam o wybuchu epidemii. Utwór bardzo prosty, dużo
elektroniki, ale na pewno nienastrojowy, pełen paniki i grozy. Podobna rzecz ma się w
ścieżce dźwiękowej do filmu "Świt Żywych Trupów" czy
do gry "Fallout". W przypadku "Fallout" całość była
otulona w piosenkę jazzową, co dawało niesamowitego
postapokaliptycznego klimatu. Taki podobny stan, można odczuć właśnie
w utworze "The Beggining". Polecam pod głosić kolumny, aby
zasmakować całą esencję tegoż utworu.
W utworze "Rage" nie
są gorsze wrażenia. Otóż zaczyna się wolno, agresywnie,
gitarami i perkusją, gdzie małym dodatkiem jest elektronika głosów.
Zresztą - cała ścieżka dźwiękowa jest wolna, ponura, i
przygnębiająca. Po drodze spotkamy kilka utworów dość
króciutkich, lecz na pewno, coś po nich odczujemy, gdyż
utwory niemal na siebie nachodzą, kontynuują zadanie poprzedniego
utworu, więc ma się momentami wrażenie, iż utwór jest
dłuższy, niż w rzeczywistości.
Jest kilka agresywnych
utworów, które się pięknie wyróżniają na tle
tych spokojnych, klimatycznych i smutnych utworów, a zarazem
przerażających. Wspomnę tutaj o gitarowo - bitowym "Tower
Block", który zaczyna się powolutku, im dalej słuchamy,
tym bardziej przyśpieszamy. Aż czuje się na plecach pazury
ścigających nas zombie. Podobnie jest w utworze "The Tunnel",
który jest bardzo podobny do poprzedniego utwory. Niemal
bliźniak, lecz bardziej przerażający, złowieszczy. Tutaj jest
więcej gitar, niż elektroniki, który kumuluje szałem
połączenia wszystkich elementów dźwiękowych, jakie
prezentuje nam kompozytor.
Cieszy mnie różnorodność
na tej płycie. Jest kilka utworów wolnych, klimatycznych,
które mają nas wprowadzić w stan odprężenia, aby potem
agresywnie zaatakować. Krążymy ulicami dźwięków, a gdzieś
w ciszy, o dziwo przerażającej, czyha na nas głodne zagrożenie. I
tak na przykład, jak słuchamy pięknego, niemal radosnego utworu
„Red Dresses” pieszczącego nasz umysł delikatnie dźwiękami,
zaraz potem zostają otwarte drzwi strachu, utworem finałowym, wręcz
kapitalnym "In The House - In A Heartbeat".
Utwór zaczyna się
tak jak lubię. Klawiszami fortepianu. Ja sam uważam, że ten utwór
nie ma w sobie równych jeżeli chodzi o niepokojący, wręcz
postapokaliptyczny, złowieszczy. Utwór gitarowy, z rytmiką
na perkusje, zaczyna się prosto spokojnie, wprowadzając nas w trans
szaleństwa elektrycznych gitar, które zasiały ziarno smutku.
Słuchając go ma się wrażenie, że wszystko jest kruche, ale
gdzieś tam rodzi się w nas siła i próbujemy powstać,
pokonać strach. Jak dla mnie utwór najlepszy z całego score.
Ma w sobie wszystko. I moc, jaki i szczegółową precyzję, każdy
tutaj element pasuje. I pięknie słychać go we fragmencie filmu,
jak Jim próbuje oswobodzić swoją dziewczynę. Jestem
naprawdę pod wrażeniem. Rzadko słucha się takich rzeczy, które
jak potwór, jak jakiś obślizgły robal, zaraża umysł, i
potem gdzie by się nie było, w uszach bębnią dźwięki z "In
The House ..." (no i między innymi dobre wrażenie sprawia jako
dźwięk telefonu u ludzi o osobowości emocjonalnej.)
Dziwne wrażenie mam po
odsłuchaniu "The End". Co prawda jest utworem miłym, ze
sekwencjami gitarowymi, całość jednak nijak nie pasuje do całej
partytury. Tak samo można powiedzieć o utworze gitarowym "End
Credits". Człowiek nie wie co ze sobą zrobić. Szczególnie
widz, który ogląda post-apokaliptyczny horror, a tu happy end
i melodyjne radosne utwory na sam koniec filmu. Ciekawe rozwiązanie,
nie powiem. Ale gdy się słucha score od początku do samego niemal
końca, ma się wrażenie, że ta podróż muzyczna dobrze się
nie skończy. O dziwo, jest inaczej. Ja byłem zaskoczony i raz na
twarzy pojawił się uśmiech, a raz zastanawiałem się, czy ktoś
się ze mnie nabija. Jak najbardziej wole złowieszcze zakończenie
muzyczne w filmie, który to reżyser wykorzystał w wersji
reżyserskiej. Żałuję, że nie zostało to wykorzystane na płycie,
a można tylko skosztować w filmie.
Całość podsumowując,
można by rzec, iż mistrzowie kompozytorstwa, nie muszą być dużymi
postaciami i brać tylko wyłącznie w superprodukcjach ("
28 Days Later" jest filmem niskobudżetowym, ale był jednym z najlepszych
filmów rozrywkowych roku 2002). Wystarczy mieć talent.
Pasję. Niewątpliwie
John Murphy talent ma, a pasję można odczuć
w jego partyturach. I może dlatego jest tak, że tutaj te
doszlifowane jak diamenty nuty muzyczne mają głębię. Gdyż
soundtrack do filmu "
28 Days Later" słucha się od początku do
końca z wielkim zainteresowaniem, aby potem to zainteresowanie mogło
się przerodzić w obsesję, nucąc utwór "In The House ..."
na przykład. Ścieżka dźwiękowa jest precyzyjnie nagrana,
poszczególne fragmenty dobrze ulokowane, i ma się wrażenie,
jakby się oglądało obraz muzyczno - filmowy, ale już nie na
ekranie, lecz we własnej wyobraźni.I co najważniejsze. Rzadko
zdarza się tak, iż ścieżka idealnie pasuje do filmu. Szczególnie
jeżeli partytury są proste. Tutaj jest inaczej. Murphy nagrał
partytury, które w pełni, fantastycznie współgrają w
scenach filmowych. Każdy element niemal pasuje. Każdy inaczej
smakuje. I choć kompozycje są proste, cechuje tą płytę - różnorodność. Są pieśni, które niewątpliwie
nakładają bardzo paniczny, wręcz duchowy nastrój, są
piosenki, które podkreślają świat post-apokaliptyczny
jeszcze wyraźniej. I partytury kompozytora. Choć większość
króciutka, mają w sobie nie ubogi klimat, jakby te partytury
śpiewała nam matka rodzicielka, wprowadzając nastrój.
Tudzież tą matką jest John, i wcale nie zależy mu na tym, abyśmy
spokojnie spali.
Original Motion Picture
Soundtrack "
28 Days Later" jest dziełem, który warto
przesłuchać, ze względu na jego prostotę, wyrazistą mozaikę
muzyczną, gdzie drogi choć proste i czyste, nie zawsze muszą być
nudne. Zostaje mi dodać, iż partytura "28 Days" jest jedną z
tych, do których często się wraca, której nie w
sposób szybko zapomnieć. Szczególnie płyta przypadnie
do gustu tym, którym się podobał film. A karierę muzyczną
Murphy'ego, myślę, że warto śledzić gdyż podejrzewam, że
kompozytor nie odkrył jeszcze swojej filozoficznej muzycznej głębi,
a niewątpliwie ma wielki talent, do tworzenia wybitnych obrazów.
No, ale wszystko przed nim.
Wydawca: XL Recordings (2002)